NA SŁODKI SZLAK

NA SŁODKI SZLAK

Na dworze robi się coraz zimniej, dni stają się coraz krótsze, a część z nas zaczyna już marzyć o cieplutkim i słonecznym lecie. Nie możemy przyspieszyć upływu czasu, ale możemy powspominać to, które minęło, a tym samym rozgrzać duszę… Rozpoczynamy krótką serię rowerowych opowiadań!

Nie ma to jak aktywny początek wakacji! Szkoła nie daje dużo możliwości na rozprostowanie nóg- a później wszyscy się dziwią, że młodzież ledwo potrafi wysiedzieć w ławkach. Pff.. i jeszcze te upały… Na szczęście to już koniec! Świadectwo jak ze snu spoczywa spokojne w tekach nowej szkoły- czy to nie idealny moment na zdarcie warstwy kurzu z roweru…?
„Wstawaj, wstawaj!”- oto pierwsze słowa, które usłyszałam w ten piękny poniedziałkowy poranek (przynajmniej był to poranek dla mnie- godzina dziesiąta to idealna pora na opuszczenie łóżka). Tak czy owak. Wracając do mojej pobudki- nie byłam nią zachwycona- moja młodsza siostra zrobiła z mojej kanapy istny park trampolin, a to oznaczało definitywny koniec spania.

-Co chcesz?- spytałam przecierając oczy.

-Jedziemy na rowery!- krzyknęła mi do ucha, chyba nie wie co to litość.

-Mogłaś tak od razu.- wzruszyła tylko ramionami i wyszła z pokoju.
Po radosnej informacji o planowanej wycieczce szybko się pozbierałam i sprawdziłam pogodę- zapowiadał się upalny dzień, więc pewnie dlatego tata tak nalegał, abym się pospieszyła…?

-Gdzie jedziemy, tato?- zapytałam, kiedy byliśmy już praktycznie gotowi do wyjazdu.

-Co powiesz na czekoladę ze Skoczowa?- odpowiedź dotarła do mnie ekspresowo.

-Oooo tak! I takie wycieczki to ja rozumiem!- tata tylko się zaśmiał. Moja reakcja chyba go nie zdziwiła.

Przed nami rozciągał się ładny kawałek drogi… Ale kto by się nie skusił na czekoladę, hę?

Droga, którą jechaliśmy była mi dobrze znana. Na początku trzeba minąć ewangelicką kaplicę, która znajduje się niedaleko naszego domu, następnie strażnicę- pomyśleć, że niedawno odbywał się tam Dzień Małego Strażaka, a teraz panuje cisza… Później trzy zakręty i wjeżdżamy na dwupasmówkę- całe szczęście nie trzeba jechać nią długo, ponieważ istnieje lepsza droga. Zjeżdżamy z dwupasmówki, a tym samym opuszczamy Bąków i wjeżdżamy do Drogomyśla. Mijamy mleczarnie, kilka gospodarstw- widać, słychać i czuć, że to wieś. Następnie szybkie spojrzenie na szkołę podstawową, późnej tak zwany zameczek (ale tak naprawdę to sama nie wiem co to jest) oraz boisko. Po tych wszystkich „atrakcjach” wjeżdżamy już pomiędzy zwykłe domy mieszkalne- to znak dla mnie, że niedaleko jest już Wisła. Zapomniałam wspomnieć, że trasa którą jedziemy nie jest zwyczajna- to jest cały szlak rowerowy! Niezwykle przyjemny, ponieważ jego większa część wiedzie wzdłuż Wisły, tata mówi, że za naszą miejscowością kończą się stopnie na rzece- zawsze wydawał mi się to bardzo ciekawe…
Rzeka dawała przyjemny szum, a czasami nawet delikatną bryzę, która była zbawieniem w to upalne przedpołudnie! W pewnym momencie fabryka wyłoniła się zza krzaków- całe szczęści, bo czułam już jak ślinka mi cieknie, gdy tylko myślałam o takiej dawce cukru. „Dobrze, że przyjechaliśmy na rowerach, przynajmniej szybko to spalę.”- śmiałam się w myślach.


W sklepie firmowym panował przyjemny chłód, tym razem wzięliśmy inną czekoladę niż zwykle- nie widziałam wcześniej takiej etykiety. Przed otwarciem tabliczki tata postanowił troszkę się nade mną „poznęcać” i zaczął zapoznawać się z treścią z tyłu opakowania.

-Wiedziałaś, że ta czekolada jest produkowana na wyłączność dla jednego z australijskich sklepów?- zagadną mnie tata.

-Czy to znaczy, że można ją kupić tylko tutaj i w Australii?- dopytywałam.

-Na to wygląda…

-A jak nazywa się ta fabryka?

-Ludwig Czekolada, produkują tutaj także inne słodycze.

-Poważnie?

-Yhym, na przykład czekolady Schogetten.

-Uuu, te też są pyszne! Dobra otwieramy nareszcie?

-A nie wolisz usiąść nad Wisłą?

-Tato… miej serce i daj pase…- i w tym momencie Anika włączyła się do rozmowy.

-Taak! Nad Wisłą- i przegrałam…


Zanim gdzieś się zatrzymaliśmy minęło jakieś piętnaście minut, ale czekolada była naprawdę pyszna…!
Po tej słodkiej przerwie przyszedł czas na powrót do domu, ponieważ robiło się coraz cieplej. Kiedy znowu byliśmy w Bąkowie było jakoś przed trzynastą.

-Ile przejechaliśmy?- zagadnęłam spocona jak szczur.

-Hmm, dwadzieścia osiem kilometrów.

-No no, ładnie!

-Idziemy do basenu?- najwyraźniej nie tylko ja miałam na to ochotę lub mój tata potrafi czytać w myślach…?

-Też pytanie!

-Ha ha! Nie ma to jak aktywny początek wakacji, co?- tak, on zdecydowanie potrafi czytać w myślach!

autor: Vanessa Wójciak foto: Internet

Leave a comment

Send a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *