Przyjacielska wycieczka

Przyjacielska wycieczka

I jak? Rozgrzani i pozytywnie nastawieni? przechodzimy do drugiej części rowerowych perypetii.

Od ostatniej wycieczki rowerowej minęły niecałe dwa tygodnie. Od początku wakacji utrzymuję kontakt z moimi przyjaciółmi z klasy- każdy z nas idzie do innej szkoły i nie spotkam ich we wrześniu… pewnego wieczoru wpadłam na świetny pomysł z kolegą. Ogarniecie wszystkiego zajęło dosłownie dwa dni!

 Zebraliśmy małą ekipę i ruszyliśmy na wycieczkę rowerową. Trójka chłopaków przyjechała po mnie z Jastrzębia- Zdroju, spakowałam jeszcze gorące babeczki do torby przyczepionej do roweru i przejęłam kierownictwo. To była super zabawa, jechaliśmy tę samą trasą co wtedy z tatą, śpiewaliśmy, opowiadaliśmy rozmaite historie i cieszyliśmy się swoją obecnością.

– Ej, Van!- zawołał Maciek.

– Hę? Co jest?- nawet się nie odwracałam, żeby zobaczyć kto coś ode mnie chce.

– Gdzie my właściwie jedziemy?

– Piotr ci nie powiedział?- spojrzałam tylko na Piotrka, a on wzruszył ramionami i roześmiał się.

– No właśnie nie mówił.

– Jedziemy nad Wisłę.

– Ooo! To dobrze, że wziąłem kąpielówki.- „Nie wiem czy ci się przydadzą”- pomyślałam, bo choć było bardzo ciepło to niebo przysłaniały chmury.

Droga przeleciała nam szybko, gorzej z szukaniem odpowiedniego miejsca. Wszyscy mówią, że to dziewczyny są niezdecydowane- tamtego popołudnia odnosiłam zupełnie inne wrażenie. Po dłuższej męskiej dyskusji, która zakończyła się tym, że wracaliśmy się kilometr, mogliśmy rozłożyć manatki nad brzegiem. Nie wiem czy tak można, ale tamci od razu zdjęli koszulki i pobiegli do wody, sama postanowiłam popatrzeć na nich z suchej ziemi. Nie minęło dużo czasu kiedy Piotr powiedział:

– Wiecie, że tu są ryby, co nie?

– … weź stary nie żartuj.

– Nie żartuję, mówię poważnie.

Po tych słowach cała trójka wyskoczyła z wody jak poparzona.

– Co tak szybko chłopcy?- obdarzyłam ich drwiącym uśmieszkiem, a ci opatulili się w ręczniki i zaczęli wpatrywać w wodę jakby czegoś szukali, a ja wygodnie ułożyłam się na kocyku.

Po jakiś pięciu minutach zaczęli mnie wołać i wspominali o jakiś rybach, ale nie miałam zamiaru się nigdzie ruszać.

– Idziesz czy nie?!- zdecydowanie się zniecierpliwili.

– No dobrze, ale jeśli to głupi żart to będziecie ciągnęli mój rower do domu!

– Jeszcze zobaczymy…

Jak się okazało, nikt nie ciągnął mojego roweru do domu, ponieważ w rzece naprawdę były ryby- i to całkiem spore! Kiedy wszyscy się już napatrzyli postanowiliśmy pograć w UNO, ale niestety pogoda spłatała nam figla i zaczęło kropić co zmusiło nas do ruszenia w drogę powrotną. To był zwykły kawał, ponieważ gdy wyruszyliśmy momentalnie przestało.

– Dobra… skoro już siedzimy na rowerach to co dalej?- padło „niespodziewane” pytanie.

– Mamy piłkę do siatkówki, a po drodze mijaliśmy boisko, co wy na to?- skinęli głowami i pojechaliśmy.

Gdy znudziła nam się gra ponownie ruszyliśmy w stronę Bąkowa.

– Vani, macie tu jeszcze jakieś boiska czy coś?

– W Bąkowie to szału nie ma, ale we wsi obok czyli Jarząbkowicach zrobili super kort.

– No to prowadź!

Pojechanie tam było świetnym pomysłem! Nie wiedziałam, że aż tak się chłopakom spodoba. Po godzinie grania padaliśmy z nóg.

– Zbieramy się? Już 17…- zaproponował Piotr.

– Chyba faktycznie powinnyście już wracać, przed wami jeszcze kawałek drogi…

– Mam twoją piłkę w plecaku, jak dojedziesz do domu?

– Hmm, jakoś dam radę. Pokarzę wam jak dotrzeć stąd do drogi, którą przyjechaliście, a wtedy mi ją dasz, w porządku?- odpowiedzią było skinienie głowy.

Kiedy dojechaliśmy do drogi, o której mówiłam pożegnałam się z chłopakami, wzięłam piłkę, a gdy już miałam odjeżdżać usłyszałam tyko jak Piotr woła:

– Ej, Vani! To w sierpniu powtórka?- obróciłam się, uśmiechnęłam, skinęłam głową i pomyślałam, że chętnie jeszcze raz przejadę te dwadzieścia pięć kilometrów z przyjaciółmi…

autor: Vanessa Wójciak

Leave a comment

Send a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *