Z pamiętnika młodej kelnerki


Nie jestem pewna czy słowo: „młodej” jest odpowiednie- należy to chyba nieco doprecyzować, ponieważ określenie: „początkującej” wydaje się dużo bardziej trafne. Kiedy to piszę mam za sobą przepracowane cztery dni w restauracji- rany, to mniej niż palców w jednej dłoni! Każdy kiedyś zaczynał, a wtedy nawet małe, codzienne wydarzenie wydaje się warte zapisania… pozwolę sobie podzielić się z Wami sytuacjami, które przytrafiły mi się w przeciągu tych kilku dni- poznajcie kulisy mojej wakacyjnej pracy!


Zawiedziony klient?
Trzeciego dnia od samego przyjścia do pracy ogarniał mnie dziwny niepokój. Chciałam zrobić wszystko jak najlepiej potrafię, ale z jakiegoś powodu nie do końca mi to wychodziło… doświadczona już kilkoma latami pracy koleżanka postawiła przede mną tamtego dnia proste zadanie: „Obsłuż dzisiaj jak najwięcej klientów”. Stwierdziłam, że to nic trudnego i wzięłam się do roboty. Rozdawałam menu, przyjmowałam zamówienia, ale jak wspominałam mogło mi iść lepiej. Po dwóch godzinach przywitałam sympatyczne małżeństwo, gdy już wyglądało na to, że są zdecydowani podeszłam do nich, a nasza rozmowa wyglądała mniej więcej w ten sposób:

  • Poprosimy dwa barszcze z krokietem.
  • Przykro mi, ale nie mamy krokietów.
  • W takim razie co panienka proponuje?
  • Cóż… może pierogi?
    -… pierogi? Jakie?
  • Ruskie, z mięsem…
  • O! Z mięsem poprosimy.
    Zamówienie zostało przyjęte. Po drodze podeszłam do jeszcze jednego stolika i również wysłuchałam życzeń klientów, a później podyktowałam wszystko kuchni. Po kilkunastu minutach pierogi były gotowe, zaniosłam je i ponownie stanęłam za barem. Nie minęło dużo czasku kiedy pojawił się przede mną pan (który powinien w tym momencie pałaszować pyszne pierogi z mięsem) i powiedział: „Przepraszam panienkę, ale te pierogi chyba nie są z mięsem”. Podchodzę, patrzę i faktycznie nie były! Jeszcze raz sprawdzam moje notatki, a tam jak byk napisane: „ruskie raz na szóstkę”. No nic… zebrałam się w sobie i próbuję się jakoś wytłumaczyć, ale nie zbyt mi to wychodzi. W pewnym momencie, przemiła pani od pierogów, postanowiła przerwać moje męczarnie i złapała mnie za rękę mówiąc:
    „- Jesteś tutaj nowa?
  • Tak…
  • Aaa! To wszystko w porządku.”
    Kiedy przyniosłam rachunek przeprosiłam ponownie za tę głupią pomyłkę, ale jak się okazało tamci państwo byli bardzo z niej zadowoleni, a co najlepsze podziękowali mi, że przyniosłam nie to danie, o które prosili!

Szczerość zawsze górą!
Jak się okazało opanowanie całej karty dań pierwszego dnia nie jest takie proste… już kilka razy zdarzyło mi się usłyszeć pytanie w stylu: „A ten śledzik to jak wygląda?” lub „Może mi pani jakoś opisać te oscypki z żurawiną?”. Zgodnie z tym co zasłyszałam pierwszego dnia: „klienci lubią jak mówi im się prawdę” na tego typy pytania (jeżeli faktycznie tak było) odpowiadałam następująco: „Niestety nie wiem jak wyglądają, jestem tutaj dopiero drugi dzień i jeszcze ich nie widziałam”. Z jakiegoś powodu klienci zawsze się uśmiechali lub wybuchali śmiechem- czyżbym wynalazła nowy sposób na poprawianie ludziom humoru…?

Autor: Vanessa Wójciak foto: internet

Komentarze są wyłączone.