''W SPORCIE NICZEGO NIE MOŻNA BYĆ PEWNYM''

''W SPORCIE NICZEGO NIE MOŻNA BYĆ PEWNYM''

Trener Robert Kalaber przebywa obecnie na zgrupowaniu reprezentacji Polski przed towarzyskimi pojedynkami z Węgrami. Zanim jednak słowacki szkoleniowiec lidera PHL wyruszył na spotkanie z kadrowiczami, udzielił naszej redakcji obszernego wywiadu na tematy mniej lub bardziej bieżące. Kalaber podzielił się z nami wieloma istotnymi spostrzeżeniami, a ponadto ujawnił, jak „długie” święta czekają naszych hokeistów. Zapraszamy!

Czy gdyby po pamiętnym październikowym meczu z Re-Plast Unią Oświęcim (8:10) ktoś powiedział panu, że teraz zespół zanotuje tuzin zwycięstw z rzędu, uwierzyłby pan? Czy też był pan pewien, że mimo tamtej wpadki taka passa jest możliwa?
Robert Kalaber – W sporcie nigdy i niczego nie można być pewnym. Nasza ekstraliga jest bardzo ciekawa, ponieważ w zasadzie każdy może wygrać z każdym. Jeśli trudno być pewnym zwycięstwa w najbliższym meczu, to co dopiero myśleć o takiej serii? Jednak my nie prowadziliśmy żadnych statystyk w tej kwestii. Po prostu – szliśmy od spotkania do spotkania. Dla nas najważniejszy jest następny pojedynek. Oczywiście wiedzieliśmy, że taka seria ma miejsce, ale nie przywiązywaliśmy do niej wagi. Najważniejsze jest bowiem to, abyśmy jako drużyna byli dobrze przygotowani na Puchar Polski i fazę play-off.

Podejrzewam jednak, że tamto pamiętne 8:10 zdążyliście „przepracować mentalnie”…
To, co działo się w tym spotkaniu, do dziś pozostaje dla mnie pewną zagadką. Rozumiem, że niekiedy jeden bramkarz ma gorszy dzień, ale… nie wszyscy jednocześnie po obu stronach tafli! Gdybyśmy chcieli podjąć się szczegółowej analizy tamtych zawodów, to zdenerwowalibyśmy się jeszcze bardziej i tym zrobilibyśmy sobie dodatkową krzywdę. Cóż, powiedzieliśmy sobie kilka mocniejszych słów, a zarazem podjęliśmy zobowiązanie, że to nie może się powtórzyć. Nie przywiązywaliśmy do tego wydarzenia nadmiernej wagi także dlatego, że czekały na nas kolejne mecze. Ważne, że teraz (odpukać) jest dobrze.

W trakcie tej znakomitej serii szczególnie zapadły nam w pamięć zwycięstwa w Tychach i Oświęcimiu. Triumfy na obiektach mistrza i wicemistrza mają swoją wymowę. Co więcej, zostały one osiągnięte w przekonującym stylu. Czy możemy z tych spotkań wyciągać wnioski na resztę sezonu, czy też tonujemy nastroje?
Na pewno jestem bardzo zadowolony z punktów zdobytych przeciw Tychom i Unii. Wszak oświęcimian do tego momentu jeszcze nie pokonaliśmy. Z kolei z tyszanami wygraliśmy w Superpucharze Polski, a zatem liczyliśmy, że także w ekstralidze uda nam się ta sztuka. Natomiast rozmiary zwycięstwa na Stadionie Zimowym to już swoisty przypadek i na pewno nie było nam tak łatwo, jak na to wskazuje „suchy wynik”. Trzeba pamiętać, że nasi rywale mają pewne kadrowe kłopoty. U nas z kolei brakuje aktualnie tylko Macieja Urbanowicza, a na dodatek zostaliśmy wzmocnieni Eriksem Sevcenko. Od razu dodam, że chciałbym podziękować zarządowi naszego klubu za to, że w tym momencie sezonu potrafiliśmy dogadać się z Łotyszem.

No właśnie, skąd pomysł na Sevcenkę? Pochodzi on z Dyneburga, podobnie jak Maris Jass.
Nie będę owijał w bawełnę i powiem wprost, że cały czas potrzebowaliśmy takiego doświadczonego obrońcy, ponieważ nasza gra w defensywie nie zawsze wyglądała tak, jak trzeba. Chcieliśmy być jeszcze bardziej pewni tego, że poradzimy sobie w przypadku choroby czy kontuzji. Od pewnego czasu obserwowaliśmy „rynek” i gdy tylko pojawiła się możliwość dogadania z Eriksem Sevcenką, to z niej skorzystaliśmy. Maris rzeczywiście udzielił nam kilku informacji, a ponadto dysponowaliśmy odpowiednimi analizami video. Nie ukrywam, że wprawdzie szukaliśmy obrońcy z prawym uchwytem kija, ale pozyskanie Eriksa było tak dobrą okazją, że grzechem byłoby ją zmarnować. Dlatego jeszcze raz dziękuję naszym prezesom i sponsorom klubu, że właśnie teraz udało się nam tak solidnie podziałać na rynku transferowym. Cieszę się, że nasze argumenty w tych niełatwych czasach potrafiły być przekonujące. Dzięki temu mamy szeroką kadrę i jesteśmy gotowi na różne rozwiązania.

W jednym z wywiadów stwierdził pan, że teraz jesteśmy kompletni jako zespół. To odważne słowa. Nie obawia się pan, że w przypadku braku sukcesu w tym sezonie będzie to panu wypominane?
Nie, ponieważ wiem, co mówię! Co tydzień spotykamy się z zarządem i doskonale wiemy, jakimi środkami finansowymi dysponujemy. Zdajemy sobie sprawę, na co nas – jako JKH GKS Jastrzębie – stać. Od razu zaznaczę również, iż wyznawana przez nas filozofia budowy drużyny wyklucza poważne wzmocnienia przed play-offami. Dlatego musimy działać już teraz, aby być przygotowanymi na najważniejszą część sezonu. Obecnie dysponujemy szeroką ławką. Mamy zarówno doświadczonych, jak i młodych zawodników. Nasi obcokrajowcy dodają wielu walorów drużynie. Ta „mieszanka” jest w stanie osiągnąć cele, które sobie założyliśmy. Musimy jednak codziennie, ciężko i odpowiedzialnie pracować na sto procent, aby nie powtórzyć błędów z poprzednich lat, gdy po sukcesie pojawiał się pewien zastój spowodowany głównie plagą kontuzji. Dlatego właśnie robimy wszystko, aby mieć możliwie szeroką i ograną kadrę. Z tego wynika rotowanie składem. Zmiany w trzeciej czy czwartej piątce nie są „karą” dla danego zawodnika, a rezultatem naszej strategii, której celem jest utrzymanie możliwie największej liczby chłopaków w meczowym tempie. Dzięki temu, jeśli ktoś nam wypadnie z tego czy innego powodu, automatycznie znajdziemy równie dobrze ogranego następcę.

W „kwestii łotewskiej” zapytam jeszcze o kapitana. Postanowił pan oddać ten zaszczyt Marisowi Jassowi.
To bardzo pozytywna postać, „serce szatni”. Maris jest wsparciem dla każdego zawodnika, zarówno doświadczonego, jak i młodego. Widzimy to zresztą podczas jego gry w trzeciej formacji. Dlatego to właśnie on został kapitanem.

Jest pan z nami już ponad sześć lat. W pierwszym sezonie 2014/2015 drużyna pod pana przewodem zdobyła wicemistrzostwo kraju. Czy pod kątem potencjału tamten zespół i obecny są porównywalne? Wtedy nie mieliśmy w kadrze wicemistrza świata i zawodników po drafcie w NHL i z golem w KHL na koncie…
Ciężkie pytanie. Uważam, że w 2015 roku polska ekstraliga nie była tak mocna i ciekawa, jak dzisiejsza. Pełne otwarcie rozgrywek spowodowało, że dwa najbogatsze kluby, czyli GKS Tychy i Comarch Cracovia, nie mogą być już tak bardzo pewne gry w finale. Przed epoką ligi open to właśnie Tychy i Cracovia skupowały najlepszych polskich zawodników, którzy „robili różnicę” w walce o medale. O ile pozostałe kluby mogły pozwolić sobie na pozyskanie świetnych obcokrajowców, to „rynek” wyróżniających się Polaków był siłą rzeczy zawężony. W rezultacie otwarcia ligi do walki o tytuł mogą włączyć się też inne kluby. Dziś o medalach decyduje nie budżet przeznaczony na reprezentantów Polski, ale odpowiednie poukładanie i zgranie zespołu. Z tej perspektywy uważam, że dziś mamy mocniejszy skład, niż w 2015 roku.

Czyli można powiedzieć, że w sprawie „ligi open” zmieniliśmy nieco zdanie w Jastrzębiu i rację miał Polski Związek Hokeja na Lodzie?
To nie jest takie proste. Należy rozróżnić dwie kwestie. Faktem jest, iż polska ekstraliga w rezultacie tej decyzji nabrała na jakości. Reprezentanci Polski mają z tego faktu tę korzyść, że na co dzień rywalizują z lepszymi zawodnikami z zagranicy. Podobną korzyść odnoszą ci młodzi zawodnicy, którzy już grają w ekstralidze. Weryfikacją byłyby dla naszych hokeistów Mistrzostwa Świata, ale – jak wiadomo – nie dojdą one do skutku. Natomiast drugą sprawą jest spojrzenie w przyszłość. Już dzisiaj brakuje nam klasowych polskich obrońców. Widzę to za każdym razem, gdy przygotowuję powołania na zgrupowanie kadry. Czasem ciężko jest znaleźć kogoś odpowiedniego nawet na sparingi. W JKH GKS Jastrzębie dysponujemy polskimi zawodnikami w tej formacji, ale trzeba zdawać sobie sprawę, że nie we wszystkich klubach tak jest. Na krótką metę łatwiej jest oprzeć się na obrońcy z zagranicy aniżeli wychować polskiego defensora. Jednak za kilka lat jako reprezentacja Polski możemy mieć problem „z tyłu”. I tu widzę bardzo ważne zadanie przed wszystkimi polskimi klubami. Jeśli leży nam na sercu przyszłość polskiego hokeja, to musimy wszyscy przyłożyć się do pracy z młodymi obrońcami i generalnie postawić na doskonalenie gry w defensywie. Moją opinię w tej sprawie poznali już i zaakceptowali szkoleniowcy Szkoły Mistrzostwa Sportowego oraz selekcjonerzy reprezentacji młodzieżowych. Podsumowując, na pewno liga open jest ciekawsza, a my jako JKH GKS mamy obecnie najlepszych obcokrajowców za czasów mojej pracy w naszym klubie. Natomiast co będzie z naszą reprezentacyjną obroną już za dwa czy trzy lata, to inna kwestia.

Zatem kolejne pytanie nasuwa się samo i myślę, że to jest już czas na jego zadanie. Czy JKH GKS Jastrzębie dysponuje potencjałem do walki o mistrzostwo Polski?
Nie myślimy w takich kategoriach. Cały czas pracujemy nad szkoleniem naszej młodzieży i wiemy, jakim w tej kwestii dysponujemy potencjałem. Gdy rozmawialiśmy z prezesami naszego klubu na temat składu na obecny sezon to powiedziałem, że jest to czas zbierania plonów, jeśli chodzi o naszych wychowanków. Dziś są to wciąż młodzi ludzie, którzy potrafią już sami zadecydować o wyniku meczu. Następnie, gdy udało się pozyskać dobrych obcokrajowców mówiłem, że naszym celem jest medal. Deklarowałem, iż chcemy przyciągnąć jak najwięcej kibiców na trybuny i sprawić im radość naszą grą. Uważam, że akurat pod kątem poziomu sportowego udało nam się to zrealizować. Gramy ciekawie i zdobywamy sporo bramek. Liczę, że w play-offach będzie podobnie. Jeśli nadal będziemy podążać tą drogą, to jesteśmy w stanie zagrać w finale rozgrywek. Bardzo bym chciał, abyśmy byli w stanie osiągnąć właśnie ten cel. Jednak nasze marzenia to nie wszystko. Trzeba zdawać sobie sprawę, w jakich czasach żyjemy. Epidemia koronawirusa może z dnia na dzień storpedować rozgrywki. Jedziemy na tym samym wózku. Jako członkowie polskiej hokejowej rodziny musimy mieć na uwadze fakt, że nie wszystko od nas zależy.

Wspomniał pan o kibicach. Jak wiadomo, obecnie zmuszeni jesteście walczyć przy pustych trybunach. Przyzwyczailiście się już do tego?
Nie mieliśmy innego wyjścia… Hokej to nasza praca. Chcemy i musimy grać, niezależnie od okoliczności. Moglibyśmy zawiesić wszystko, ale wtedy zawodnicy musieliby pójść do innej pracy i zapewne wielu z nich nie wróciłoby już do naszej dyscypliny. Nie wiadomo, co wówczas byłoby z Polska Hokej Ligą. Dlatego należy podziękować PZHL-owi, który postanowił „z głową” podejść do naszej epidemicznej rzeczywistości. Zaczęliśmy grać bardzo szybko i tak mądrze ułożyliśmy terminarz, że mamy czas na nadrobienie ewentualnych zaległości. Dzięki temu sezon toczy się praktycznie bez przeszkód. A wiemy dobrze o tym, że wiele innych lig w Europie ma z tym spory problem.

Przejdźmy do spraw reprezentacji Polski, bowiem część drugiej połowy grudnia spędzi pan na biało-czerwono. Jakie główne cele będą panu przyświecać?
Na pewno sytuacja nie jest łatwa. Z powodu epidemii odwołano mistrzostwa świata, a zatem zmuszeni jesteśmy na nowo poukładać nasze przygotowania. Mieliśmy przecież szykować się do turnieju w Katowicach, gdzie naszymi rywalami byłyby zespoły teoretycznie niżej notowane w rankingu. Grając u siebie można było pokusić się o ładną, kombinacyjną grę oraz położyć nacisk na ofensywę. Tymczasem teraz całą naszą uwagę skierujemy na turniej ostatniej rundy kwalifikacji do Igrzysk Olimpijskich. Tu sytuacja jest całkowicie odmienna, ponieważ zagramy z drużynami mocniejszymi i na dodatek będzie to miało miejsce w Bratysławie. Oznacza to, że musimy skupić się na przygotowaniu fizycznym i solidnej postawie w defensywie. Musimy przeanalizować sytuację i pracować właśnie pod tym kątem, szukając zawodników przede wszystkim mocnych fizycznie i dobrze jeżdżących na łyżwach.

A jaki był powód powołania dla Radosława Sawickiego tylko na „listę rezerwową”? W JKH GKS Jastrzębie strzela jak na zawołanie i wielu kibiców zdziwił brak tej nominacji.
(śmiech) Ale my w kadrze mamy nie tylko zawodników z Jastrzębia. Radek pojechał z nami na Węgry i pokazał się już na międzynarodowej arenie. Chcę dać możliwość zaprezentowania się także innym chłopakom. Sawicki to fajny, bardzo pracowity facet. Znam jego możliwości i wiem, jak sobie radzi na co dzień. Musimy jednak pamiętać, że nie każdy polski napastnik ma za partnerów w swojej formacji tak dobrych zawodników, jak Roman Rac i Martin Kasperlik. Nie każdy ma też możliwość strzelania bramek w drużynie, która aktualnie zajmuje lokatę w czubie tabeli ekstraligi. Moim zadaniem jako selekcjonera jest poszukiwanie reprezentantów we wszystkich polskich drużynach i dlatego każdy dobrze prezentujący się zawodnik może być pewien, że zostanie dostrzeżony. My musimy szukać rozwiązań, aby móc jak równy z równym zmierzyć się z Austrią, Białorusią i Słowacją. Powtórzę, że o ile w ofensywie mamy w Polskiej Hokej Lidze napastników na dwie drużyny, o tyle problem pojawia się w obronie. Dlatego też zawodnicy JKH GKS Jastrzębie z formacji defensywnych mają „łatwiej” od napastników, jeśli chodzi o powołania. Już wyjaśniałem, na czym polega problem.

A czy „łapie się” pan na tym, że podczas meczów ligowych zdarza się panu analizować postawę zawodników drużyny przeciwnej? Gdy był pan tylko trenerem JKH GKS Jastrzębie, sytuacja była prosta – po drugiej stronie tafli był rywal. Teraz pojawiają się tam także pana podopieczni z reprezentacji Polski.
Nie. Jestem profesjonalistą i zawsze interesuje mnie tylko mój zespół. Oczywiście, jeśli ktoś zagra niekonwencjonalnie czy zrobi coś ładnego dla oka, to nie będę udawał, że tego nie widzę. Spoglądam jednak przede wszystkim na swoich zawodników. Powiem więcej – podczas meczu ligowego po prostu… nie mam czasu na analizę gry poszczególnych zawodników przeciwnika pod kątem reprezentacji Polski. Dlatego nie mam z tym najmniejszego problemu. Zdecydowanie więcej pod tym kątem dają mi analizy video, które przeprowadzamy w naszym sztabie. Ponadto nie będę ukrywał, że bardzo wielką pomocą służy mi tu Leszek Laszkiewicz, który w trakcie meczów ligowych obserwuje spotkania z trybun. Leszek jako team leader reprezentacji Polski ma możliwość poczynienia pewnych analiz i dlatego współpraca z nim jest dla mnie osobiście tak wartościowa.

Na koniec chciałbym zapytać o zbliżający się okres świąteczny. Jak to będzie wyglądało u trenera Roberta Kalabera? Wszak już 27 grudnia mamy Puchar Polski…
Pod tym względem sytuacja co roku wygląda tak samo. Nasze święta są skrócone tylko do… 24 grudnia. Wówczas mamy chwilę na świętowanie z rodzinami i wspólne przeżywanie Bożego Narodzenia. 23, 25 i 26 grudnia normalnie trenujemy i pracujemy, abyśmy byli gotowi na półfinał Pucharu Polski. Wszyscy chcemy sukcesu w tych rozgrywkach, a zatem musimy być dobrze przygotowani. A ja, korzystając z okazji, osobiście chcę życzyć naszym kibicom dużo zdrowia i aby jak najszybciej wrócili na trybuny!

źródło: jkh.pl

Leave a comment

Send a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *