DECEMBER 9, 2022
AKTUALNOŚCI

Nie wolno kłamać

post-img

"Muzeum nie ma produkować ładnej narracji. Nie wolno kłamać”. Szczera rozmowa z Dyrektorem Muzeum Jędrzejem Lipskim

 

Czas i energia poświęcone na przygotowanie i publikację tego wywiadu miały jeden nadrzędny cel: dotarcie do rzeczowej prawdy. Rozmowa z dyrektorem Jędrzejem Lipskim pozwala bezpośrednio odnieść się do gęstej atmosfery, jaka narosła wokół tworzenia nowego muzeum w naszym mieście.

Mam pełną świadomość, że ten tekst nie przekona wszystkich krytyków. Zawsze jednak wychodziłem z założenia, że o prawdę warto i trzeba zabiegać wielokrotnie. Nawet jeśli nie od razu przynosi to ostateczny skutek, sam fakt podjęcia tej próby jest naszym obowiązkiem.

Ocenę zaprezentowanych argumentów i planów każdy z Was wyda we własnym sumieniu. Ja natomiast mam ogromną nadzieję, że efektem końcowym nie będą jedynie te publikacje i moja praca dziennikarska, ale że to realna praca dyrektora Lipskiego i jego zespołu pozostawi w mieście trwały, wartościowy ślad.

Zapraszam do lektury i własnych przemyśleń.

Jas24info: „Panie Dyrektorze, zacznijmy od pańskich korzeni. W grudniu 1981 roku, jako student historii, brał pan czynny udział w okupacji Huty „Baildon” i zabezpieczał dokumentację strajkową, za co zapłacił pan najwyższą cenę – wielokrotne internowania, głodówka, relegowanie ze studiów przez bezpiekę. Za swoją niezłomność otrzymał pan Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski oraz Krzyż Wolności i Solidarności. Czy człowiekowi, który w tak dramatycznych okolicznościach sam współtworzył historię, łatwiej jest dziś kierować instytucją, która ma tę historię chronić i przekazywać nowym pokoleniom jastrzębian?”

Jędrzej Lipski: Jeżeli ktoś naprawdę przeszedł przez tamten czas, przez grudzień 1981 roku, przez strajk w Hucie „Baildon”, przez moment, kiedy w nocy trzeba było zabezpieczać dokumentację, wiedząc, że za chwilę wszystko może zostać rozbite, a ludzie trafią do aresztów, to taka osoba nie dostaje żadnej „przewagi” na przyszłość. Dostaje ciężar. Bo historia w takiej sytuacji przestaje być opowieścią. Ona przestaje być czymś, co się analizuje na spokojnie, z dystansu. Ona staje się doświadczeniem – konkretnym, fizycznym, często bolesnym.

Internowanie, kolejne zatrzymania, głodówka, wyrzucenie ze studiów – to nie są epizody, które się wspomina jak ciekawy rozdział w życiorysie. To są rzeczy, które zmieniają sposób patrzenia na świat. I dlatego odpowiedź jest w gruncie rzeczy odwrotna do tego, co sugeruje pytanie. To nie ułatwia kierowania muzeum. To odbiera komfort. Odbiera możliwość traktowania historii jako materiału do dowolnego układania. Odbiera zgodę na to, żeby ją wygładzać, upraszczać, dostosowywać do bieżących oczekiwań.

Jeżeli ktoś widział, jak wygląda rzeczywistość w momencie, kiedy państwo przestaje być neutralne, a zaczyna być opresyjne, to później nie potrafi już mówić o historii językiem wygodnym. I to jest w tym wszystkim najważniejsze. Bo muzeum – przynajmniej w moim rozumieniu – nie jest miejscem, które ma produkować ładną narrację. Ono ma być miejscem odpowiedzialności za pamięć. A odpowiedzialność oznacza jedno: nie wolno kłamać. Nawet przemilczać. Ani upraszczać.

Te doświadczenia z lat 80. powodują więc jedną rzecz: ja nie traktuję historii jako zamkniętego zbioru faktów. Traktuję ją jako coś, co wciąż działa – w ludziach, w ich pamięci, w ich biografiach. I jeżeli muzeum ma być wiarygodne, to musi to pokazać. Nie tylko wydarzenia, ale ich konsekwencje. Nie tylko daty, ale ludzi.

Odznaczenia, o których pan mówi, oczywiście mają swoją wagę – są formą uznania dla pewnej postawy. Ale one nie są dla mnie punktem odniesienia w pracy. One są raczej przypomnieniem, że pewnych rzeczy nie wolno zdradzić. Dlatego odpowiadając wprost: nie, nie jest łatwiej. Jest trudniej. Bo nie można sobie pozwolić na bylejakość, na półprawdy, na narrację pisaną pod oczekiwania.

Ale jeżeli to muzeum ma mieć sens – to właśnie dlatego, że stoi za nim doświadczenie, które nie pozwala traktować historii jak dekoracji.

 

Jas24info: „Początki nowej placówki to jednak zderzenie z twardą biurokracją. Zanim przejął pan stery, głośno było o trudnościach i formalnych blokadach związanych z poprawnym zarejestrowaniem statutu Muzeum. Pan wszedł, błyskawicznie uporządkował te prawne zawiłości i skutecznie doprowadził sprawę do szczęśliwego finału. Posiada pan przecież potężne doświadczenie menedżerskie – szefował pan redakcjom gazet, radia, telewizji? Czy to właśnie to wieloletnie zarządzanie na najwyższym szczeblu pozwoliło panu tak bezbłędnie przeprowadzić Muzeum przez te pierwsze, urzędowe rafy?”

Jędrzej Lipski: Nie lubię tego tonu, że ktoś „wszedł i bezbłędnie rozwiązał problem”, bo to brzmi dobrze w gazecie, a ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Prawda jest taka, że muzeum startowało w stanie organizacyjnego rozproszenia – bez w pełni ukształtowanych procedur, bez stabilnego zaplecza administracyjnego, a jednocześnie z koniecznością natychmiastowego działania w dwóch lokalizacjach i prowadzenia równolegle kilku kluczowych procesów.

Statut był tylko jednym z elementów tego układu, choć oczywiście fundamentalnym, bo bez niego instytucja nie ma stabilnego fundamentu prawnego. Problem nie polegał na jego „braku”, tylko na tym, że nie był doprowadzony do formy, która pozwala przejść przez procedurę ministerialną w sposób uporządkowany i skuteczny. Trzeba było zamknąć rozproszone uwagi, uporządkować tryb uzgodnień, nadać dokumentowi spójność i doprowadzić go do etapu formalnego procedowania. Natomiast to, co rzeczywiście miało znaczenie, to nie tylko doświadczenie menedżerskie z mediów, ale również doświadczenie muzealne, które często się pomija, a ono tutaj było kluczowe. Ja nie wchodzę do muzeum jako ktoś z zewnątrz, kto dopiero uczy się tej instytucji.

Pracowałem w muzeach – zarówno na poziomie praktycznym, jak i koncepcyjnym. Już w latach 80. byłem związany z Muzeum Ziemi Nyskiej, później pracowałem w Muzeum Górnictwa Węgla Kamiennego w Zabrzu, gdzie uczestniczyłem w projektach związanych z adaptacją przestrzeni postindustrialnych i budowaniem narracji o dziedzictwie regionu. Do tego dochodzi doświadczenie eksperckie – praca przy tworzeniu koncepcji i scenariuszy ekspozycji, m.in. w zespole odpowiedzialnym za powstawanie Centrum Pieniądza Narodowego Banku Polskiego, gdzie kluczowe było połączenie warstwy merytorycznej z nowoczesną formą przekazu. I to jest różnica. Bo zarządzanie pozwala uporządkować proces, ale doświadczenie muzealne pozwala rozumieć, po co ten proces w ogóle jest.

Dlatego działania, które zostały podjęte na początku funkcjonowania muzeum, nie były tylko „porządkowaniem papierów”, ale równoległym budowaniem instytucji jako całości – od podstaw prawnych, przez administrację, po przygotowanie programu wystawienniczego i edukacyjnego. Równocześnie trzeba było zająć się realnymi rzeczami: przejęciem obiektu, jego organizacją, inwentaryzacją zasobów, budową zespołu, stworzeniem modelu pracy w dwóch lokalizacjach. Więc odpowiadając wprost: tak, doświadczenie pomogło – ale nie jedno, tylko suma doświadczeń. Zarządzanie dało narzędzia do podejmowania decyzji i zamykania procesów. Muzea dały rozumienie instytucji i jej sensu.

A historia – ta osobista – dała poczucie odpowiedzialności za to, żeby to wszystko nie było tylko sprawnie działającą strukturą, ale miejscem, które ma znaczenie. I dopiero z tego połączenia zaczyna się coś, co można nazwać realnym prowadzeniem muzeum, a nie tylko administrowaniem nim.

 

Jas24info: „Jest pan nie tylko menedżerem, ale również znakomitym reżyserem i scenarzystą. Stworzył pan dziesiątki filmów dokumentalnych przywracających pamięć o Górnym Śląsku, w tym m.in. „Ty pójdziesz do Jastrzębia”, „Precz z komuną”, „Bastion Kontrrewolucji”, „Zbuntowany Region”, „Lawina”, „Klamra”… Czy jastrzębskie muzeum będzie pod pana wodzą opowiadać historię właśnie w taki nowoczesny, wizualny i angażujący emocje sposób, jaki znamy z pańskich filmów?”

Jędrzej Lipski: To doświadczenie filmowe nie jest dla mnie dodatkiem ani ozdobą w życiorysie. To jest bardzo konkretne narzędzie myślenia o historii. Film nauczył mnie jednej rzeczy, która w muzeum jest absolutnie kluczowa: historia zaczyna działać dopiero wtedy, kiedy ma twarz. Kiedy przestaje być ciągiem wydarzeń, a staje się doświadczeniem człowieka. I to jest coś, co chcę przenieść do muzeum.

Moje filmy – czy to „Ty pójdziesz do Jastrzębia”, czy „Klamra” albo „Ulotki i kamienie” – zawsze były o konkretnych ludziach, o ich wyborach, o ich konsekwencjach. Nie o abstrakcyjnych procesach. I dokładnie tak samo powinna działać ekspozycja muzealna. Dlatego muzeum będzie opowiadało historię w sposób wizualny, angażujący, momentami intensywny. Ale nie dlatego, żeby było „nowocześnie”. Tylko dlatego, że inaczej dziś nie da się dotrzeć do człowieka.

Jest jednak jedna rzecz, której pilnuję bardzo konsekwentnie. Ta wizualność nie może stać się pustym efektem. Widziałem już zbyt wiele projektów, które świecą, dudnią, robią wrażenie przez kilka minut, a po wyjściu nie zostaje nic. To mnie nie interesuje. Dla mnie punkt wyjścia jest zawsze ten sam, co w filmie: konkretny człowiek. Jego wybór. Jego ryzyko. Jego konsekwencje. Kiedy robiłem filmy o Śląsku, o Solidarności, o tych wszystkich historiach, nie interesowały mnie „procesy”. Interesowali mnie ludzie, którzy w tych procesach żyli i za nie płacili.

I dokładnie tak samo będzie tutaj. Jeżeli ktoś wejdzie na wystawę o górnikach i zobaczy tylko sprzęt i daty, to nic z tego nie wyniesie. Ale jeżeli poczuje, co znaczyło zejść pod ziemię, co znaczyło podjąć decyzję o strajku, co znaczyło wrócić do domu albo nie wrócić, to wtedy historia zaczyna działać. I właśnie do tego potrzebne są narzędzia: obraz, dźwięk, przestrzeń, narracja. Nie po to, żeby zachwycać formą, tylko po to, żeby wprowadzić człowieka w doświadczenie, a nie tylko mu je opisać.

Druga rzecz to narracja jako całość. Muzeum nie może być zlepkiem tematów. Ono musi prowadzić człowieka. Musi mieć początek, rozwinięcie, punkt ciężkości. Dlatego triada Woda – Węgiel – Wolność nie jest żadnym sloganem. To jest konstrukcja, która pozwala opowiedzieć historię Jastrzębia w sposób spójny – od osady rolniczej i uzdrowiska, przez przemysł, po doświadczenie Solidarności i walki o wolność.

I najważniejsze: ja nie chcę przenosić filmu do muzeum. To byłoby sztuczne. Muzeum to inna przestrzeń, inny rytm, inna relacja z widzem. Ale chcę wykorzystać to, czego nauczył mnie film: jak budować napięcie, jak prowadzić człowieka przez opowieść, jak sprawić, żeby coś w nim zostało. Bo jeżeli ktoś wyjdzie z muzeum i powie „ładne”, to znaczy, że przegraliśmy. A jeżeli wyjdzie i przez chwilę nie będzie wiedział, co ze sobą zrobić, bo coś go poruszyło – to znaczy, że to miało sens.

 

Jas24info: „Jastrzębie-Zdrój to miasto zrodzone z węgla, ale też miasto buntu i Porozumienia Jastrzębskiego. Jakie są pańskie priorytety w budowaniu lokalnej narracji? Co, według pana, jest największym, wciąż nieodkrytym lub niedocenionym skarbem w historii tego miasta, o którym Polska powinna usłyszeć dzięki nowemu Muzeum?”

Jędrzej Lipski: Największym błędem, jaki można popełnić przy opowiadaniu historii Jastrzębia, jest jej uproszczenie. To nie jest tylko miasto węgla. To nie jest tylko miasto Solidarności. To jest miejsce, które przeszło kilka bardzo różnych etapów i każdy z nich zostawił ślad.

Moim podstawowym priorytetem jest więc spójność. Nie chcę opowiadać tych historii osobno, tylko pokazać, że one się ze sobą łączą. Uzdrowisko, przemysł, bunt, wolność – to nie są oddzielne rozdziały, tylko jedna opowieść o człowieku, który żyje, pracuje i podejmuje decyzje w konkretnych warunkach.

Jeżeli chodzi o „największy skarb”, to ja nie wskazałbym jednego wydarzenia ani jednej postaci. Największym, a jednocześnie najbardziej niedocenionym bogactwem Jastrzębia są konkretni ludzie i ich biografie. Bo historia tego miasta nie powstała w gabinetach. Ona powstała w pracy, w rodzinach, w parafiach, w kopalniach, w momentach decyzji, które często były trudne i ryzykowne. I to właśnie jest coś, co bardzo często ginie w opowieściach ogólnych.

Dlatego chcę, żeby muzeum było miejscem, które przywraca te historie. Nie tylko te wielkie i znane, ale też te mniejsze, prywatne, czasem zapomniane. Bo dopiero z nich powstaje prawdziwy obraz miasta. Drugim elementem, który uważam za kluczowy, jest pokazanie ciągłości. Jastrzębie bardzo długo było opowiadane w sposób fragmentaryczny – trochę uzdrowisko, trochę przemysł, trochę Solidarność. A to jest jeden proces. Miasto nie „zaczęło się” w latach 60. ani w 1980 roku.

Ono ma głębszą historię i tę historię trzeba przywrócić, bo bez niej nie da się zrozumieć tego, co wydarzyło się później.

I jeszcze jedna rzecz, która jest dla mnie bardzo ważna. To muzeum nie ma być tylko miejscem opowiadania o przeszłości. Ono ma budować tożsamość. Ma pokazać mieszkańcom, że to, co przeżyli ich rodzice i dziadkowie, ma znaczenie. Że to nie jest coś lokalnego i nieważnego, tylko część większej historii.

Bo Jastrzębie nie jest marginesem. Ono jest jednym z ważnych punktów na mapie polskiego doświadczenia XX wieku. I jeżeli uda się to pokazać – uczciwie, bez uproszczeń, bez taniego patosu – to Polska rzeczywiście usłyszy o tym mieście inaczej niż do tej pory.

 

Jas24info: „W lokalnej przestrzeni pojawiają się głosy krytyków nazywających pana "dyrektorem z nadania" i sugerujące, że muzeum stanie się miejscem politycznej narracji, skupiającym się na Smoleńsku czy Żołnierzach Wyklętych, kosztem historii lokalnej. Dla człowieka, który całe życie walczył o obiektywną prawdę, takie uproszczenia muszą być krzywdzące. Jaka jest pańska odpowiedź na te zarzuty i jaki będzie ostateczny balans między wielką historią Polski a codziennością mieszkańców Jastrzębia?”

Jędrzej Lipski: Zacznijmy od tego określenia „dyrektor z nadania”. To nie jest żaden opis rzeczywistości w Jastrzębiu-Zdroju. To jest wulgarny, prostacki, tani chwyt. Prowokacja, która ma wywołać emocję i przykryć niekompetencję i brak argumentów. Takie hasła nie biorą się z analizy faktów, tylko z potrzeby podważenia czyjejś wiarygodności zanim padnie jakiekolwiek konkretne pytanie. Jeżeli ktoś naprawdę chce rozmawiać uczciwie o standardach w Jastrzębiu, to powinien najpierw spojrzeć na fakty.

W zdecydowanej większości miejskich instytucji kultury dyrektorzy są powoływani. Tak to działa. Tak funkcjonuje system. To nie jest żadna anomalia, tylko normalna praktyka.

Dlatego robienie z tego zarzutu akurat w tym przypadku nie ma nic wspólnego z troską o zasady. To jest zwykłe polityczne podżeganie, prymitywne, hejterskie granie na czyjeś „zamówienie”. Jeżeli ktoś naprawdę uważa, że to problem, to powinien mieć odwagę powiedzieć to o wszystkich dyrektorach instytucji kultury w Jastrzębiu-Zdroju.

A nie wybierać jedną instytucję i jednego człowieka jako wygodny cel. Ja nie mam zamiaru udawać, że to jest poważna argumentacja, bo nie jest.

Dla mnie sprawa jest bardzo prosta. Powołanie to jest moment startu. Od tego momentu zaczyna się odpowiedzialność za konkretne działania. Za to, czy muzeum w Jastrzębiu działa. Czy porządkuje swoje podstawy prawne. Czy funkcjonuje w kilku lokalizacjach jako jeden organizm. Czy przygotowuje wystawy, edukację, realny program dla mieszkańców. I to już się dzieje. To nie są deklaracje.

Jeżeli chodzi o zarzut „politycznej narracji”, to on również jest oderwany od rzeczywistości Jastrzębia. Bo tu nie mówimy o abstrakcyjnej historii Polski, tylko o konkretnym mieście i konkretnych ludziach. Jeżeli w Jastrzębiu mówimy o Katyniu, to nie jest to „wielka polityka”. To jest pamięć o mieszkańcach tego miasta, którzy zostali zamordowani. Jeżeli mówimy o Solidarności, to nie jest to „narodowa narracja”. To jest część tożsamości tego miejsca. To są wydarzenia, które tutaj się rozgrywały i które ukształtowały to miasto.

Nie da się uczciwie opowiadać historii Jastrzębia, odcinając ją od historii Polski. To jest sztuczny i głupi podział, który nie ma żadnego sensu. Natomiast równie jasno mówię: muzeum w Jastrzębiu nie będzie miejscem jednej narracji. Ono nie powstaje po to, żeby skupiać się wyłącznie na jednym temacie. Jego zadaniem jest pokazanie całości historii. Jeżeli ktoś próbuje sprowadzić to wszystko do kilku haseł i etykiet, to tak naprawdę nie prowadzi rozmowy o muzeum w Jastrzębiu. Prowadzi własną małą wojenkę i buduje własne małe piekło, w których fakty nie mają większego znaczenia.

A muzeum nie jest od tego, żeby brać udział w takich grach. Muzeum ma robić swoją robotę. Ma być uczciwe wobec historii i wobec ludzi tego miasta. I dokładnie z tego będzie rozliczane.

 

Jas24info: „Wokół obsady stanowisk w nowych, miejskich jednostkach często krążą różne plotki, a w lokalnych kuluarach nietrudno o rzucane oskarżenia o tzw. "kolesiostwo". Z drugiej strony wiemy, że w pańskim zespole pracują osoby o ugruntowanej pozycji, z ogromnym dorobkiem badawczym, jak również historycy związani wcześniej z Galerią Historii Miasta. Czym tak naprawdę kieruje się dyrektor Jędrzej Lipski przy doborze współpracowników – kluczem znajomości, czy twardymi względami merytorycznymi i udokumentowanym doświadczeniem zawodowym?”

Jędrzej Lipski: To jest dokładnie ten sam mechanizm, o którym mówiłem wcześniej przy „dyrektorze z nadania”. Najpierw wrzuca się etykietę, potem dorzuca kolejną, tym razem „kolesiostwo”, i ma się gotową opowieść bez jednego konkretu. To nie jest żadna analiza. To jest publicystyka najniższej formy, oparta na najniższych, prymitywnych instynktach produkujących nienawiść, kłamstwa, plotki i niedomówienia.

W Jastrzębiu to działa szczególnie łatwo, bo wszyscy się znają, więc bardzo wygodnie jest zasugerować, że każda współpraca to „układ”. Tylko że to jest myślenie prymitywne. Bo jeżeli ktoś buduje instytucję od zera i ignoruje ludzi, którzy mają doświadczenie, znają zasady funkcjonowania muzeów, są profesjonalistami i fachowcami, to znaczy, że nie buduje zespołu, tylko robi eksperyment. A ja nie mam czasu na eksperymenty.

Muzeum w Jastrzębiu nie jest projektem towarzyskim. To jest konkretna robota. Trzeba zinwentaryzować zbiory, uporządkować dokumentację, przygotować wystawy, prowadzić edukację, spiąć organizacyjnie wielość lokalizacji w jeden działający organizm. Do tego nie bierze się ludzi „z łapanki”.

Bierze się tych, którzy potrafią to zrobić. I tak, w tym zespole są osoby związane wcześniej z Galerią Historii Miasta. I bardzo dobrze, bo znają lokalne zasoby i kontekst. Są też osoby z dorobkiem naukowym i muzealnym. I bardzo dobrze, bo wnoszą warsztat i metodę. To nie jest „kolesiostwo”. To jest elementarne budowanie kompetentnego zespołu. Natomiast jeżeli ktoś sprowadza to do plotek i insynuacji, to pokazuje tylko jedno: że nie ma nic do powiedzenia o realnej pracy tej instytucji.

Bo łatwiej jest rzucić hasło niż sprawdzić, co faktycznie zostało zrobione. A fakty są takie, że muzeum działa. Prowadzi wystawy, przygotowuje projekty, porządkuje zasoby, buduje strukturę od podstaw. To nie jest teoria. To jest praktyka. Więc ja naprawdę nie mam zamiaru uczestniczyć w tej zabawie w etykiety. Zespół będzie oceniany po efektach. I to jest jedyne miejsce, w którym taka rozmowa ma sens.

 

Jas24info: „Powiedział pan kiedyś, że historia to walka o prawdę. Wyobraźmy sobie, że spotykamy się za kilka lat na wielkim otwarciu docelowej siedziby Muzeum w odrestaurowanych Spółkach Brackich. Co musi się tam znaleźć, by mógł pan z czystym sumieniem powiedzieć: "Tak, to jest Muzeum, na jakie Jastrzębie zasługiwało"?”

Jędrzej Lipski: Jeżeli miałbym odpowiedzieć uczciwie, to powiem tak: nie chodzi o to, co się tam znajdzie w sensie fizycznym. Bo gabloty, eksponaty, multimedia – to wszystko można zrobić lepiej albo gorzej. To są narzędzia. Pytanie brzmi, czy to miejsce będzie miało sens. Jeżeli za kilka lat wejdę do Spółki Brackiej i zobaczę tylko ładną ekspozycję, to znaczy, że coś poszło nie tak.

Muzeum nie ma być ładne. Ma być prawdziwe. Dla mnie podstawą jest jedna rzecz: człowiek. Jeżeli to muzeum pokaże historię Jastrzębia przez losy konkretnych ludzi – górników, mieszkańców, rodzin, tych, którzy pracowali, buntowali się, podejmowali decyzje – to będzie miało sens. Jeżeli pokaże tylko wydarzenia i daty, to będzie martwe. Druga rzecz to spójność. To muzeum musi opowiadać jedną historię. Nie pięć osobnych. Od piastowskiej osady rolniczej, uzdrowiska, przez przemysł, po Solidarność.

To wszystko musi być połączone. To jest właśnie to, co nazywamy Woda – Węgiel – Wolność. Nie hasło, tylko konstrukcja opowieści.

Trzecia rzecz to uczciwość. Jeżeli zaczniemy coś wygładzać, omijać, dopasowywać do oczekiwań, to to miejsce przestanie mieć znaczenie. Muzeum musi mieć odwagę pokazywać rzeczy takimi, jakie były. Bez patosu, ale i bez ucieczki.

Czwarta rzecz to życie. To nie może być przestrzeń, która działa tylko od wystawy do wystawy. To musi być miejsce, w którym coś się dzieje. Lekcje, spotkania, debaty, wydarzenia. Miejsce, do którego ludzie wracają, bo czują, że to ich dotyczy.

I ostatnia rzecz, najprostsza. Jeżeli mieszkaniec Jastrzębia wejdzie tam i powie: „to jest o mnie, o mojej rodzinie, o moim mieście” – to znaczy, że to muzeum ma sens. A jeżeli ktoś przyjedzie z zewnątrz i zrozumie, że Jastrzębie to nie jest przypadkowe miejsce na mapie, tylko miasto z własną historią i ciężarem doświadczenia – to znaczy, że zrobiliśmy coś więcej niż tylko wystawę.

Wtedy będę mógł powiedzieć, że to jest muzeum, na jakie to miasto zasługiwało. Bo ono nie ma robić wrażenia. Ono ma zostawiać ślad.

 

Jas24info: „Na koniec – czym Muzeum Miejskie w Jastrzębiu-Zdroju ma być dla mieszkańców w codziennym życiu? Czy widzi je pan bardziej jako instytucję pamięci, czy jako żywe centrum kultury i spotkań?”

Jędrzej Lipski: Jeżeli miałbym wybierać między jednym a drugim, to znaczyłoby, że coś jest źle postawione. Bo muzeum w Jastrzębiu nie może być albo pamięcią, albo życiem. Ono musi być jednym i drugim jednocześnie. Jeżeli będzie tylko instytucją pamięci, to stanie się miejscem odwiedzanym okazjonalnie. Szkoła przyjdzie raz, ktoś przyjedzie z zewnątrz, ktoś zajrzy przy okazji rocznicy. I na tym się skończy. A jeżeli będzie tylko „centrum wydarzeń”, to bardzo szybko straci sens. Bo przestanie być zakorzenione.

Stanie się kolejną przestrzenią, która coś organizuje, ale nie ma własnej tożsamości. Muzeum w Jastrzębiu musi działać inaczej. Musi być miejscem, które wciąga ludzi w swoją opowieść. Nie tylko przez wystawy, ale przez to, co dzieje się na co dzień. Lekcje, spotkania, rozmowy, wydarzenia, projekty międzypokoleniowe. To wszystko jest potrzebne, ale tylko wtedy ma sens, kiedy wynika z historii tego miejsca, a nie jest do niej doklejone. Dla mnie ważne jest jedno: żeby mieszkańcy przestali traktować muzeum jako coś obcego. Jako instytucję „od historii”. Bo to nie jest „historia gdzieś”.

To jest ich historia. Jeżeli młody człowiek zacznie rozumieć, że to, co widzi na wystawie, dotyczy jego miasta, jego ulicy, jego rodziny, to zaczyna się coś ważnego. Jeżeli starszy człowiek zobaczy, że jego doświadczenie ma swoje miejsce i nie zostało zapomniane, to muzeum zaczyna spełniać swoją rolę. I wtedy ono przestaje być instytucją. Staje się częścią życia miasta.

I o to w tym wszystkim chodzi. Nie o frekwencję dla statystyki, nie o wydarzenia dla kalendarza, tylko o realne zakorzenienie. Bo muzeum, które nie jest potrzebne mieszkańcom, nie ma żadnego sensu. A muzeum, które staje się ich miejscem, zaczyna żyć naprawdę.

– Panie Dyrektorze, bardzo dziękuję za obszerny wywiad i poświęcony czas.

Rozmawiał: Alojzy Godos Redakcja: Jas24info

 

 

O Nas

Jastrzębski portal dialogu społecznego.
Unia Europejska
Mieszkańcy Jastrzębia i okolic