Od Redakcji:
„Tam, gdzie wszyscy myślą tak samo, nikt nie myśli”. Powtarzamy tę sentencję wielokrotnie, ponieważ uważamy, że powinna ona stanowić żelazną regułę każdego niezależnego portalu i czasopisma. Tekst, który oddajemy dziś w Wasze ręce, nie jest kolejnym strumieniem internetowego hejtu, którego w sieci mamy już aż nadto. To głos odrębny, dla wielu może wręcz niewygodny, ale z naszej perspektywy – absolutnie niezbędny do przemyślenia.
Temat wykracza bowiem daleko poza jeden, zalany deszczem lokalny festiwal rowerowy. Dotyka naszej codzienności, która niemal w całości została zainfekowana wirusem wszechobecnej komercji i korporacyjnej logiki. Dziś za wszelką cenę musimy być pierwsi, musimy być najtańsi i najlepsi w ekonomicznych słupkach. Sens ustępuje miejsca statystyce, a uczestnik wydarzenia czy obywatel staje się tylko „targetem” w tabelce Excela.
Widzimy to na każdym kroku. Nasza rzeczywistość po prostu się „kundli”. Święta Bożego Narodzenia zatracają swój duchowy i mistyczny wymiar. W przestrzeni publicznej przestają być czasem przeżywania narodzenia Jezusa, a stają się wyłącznie gorączką kupowania prezentów. Zresztą ten sam los spotyka dziś właściwie wszystkie święta – wyzute z głębszego sensu, mają służyć już tylko jednemu: wykręceniu jak najwyższego wyniku po stronie zysków dla wielkich korporacji, sieci marketów, hoteli i ośrodków rekreacji.
Biurokratyczne i gospodarcze absurdy stają się normą, nad którą przestaliśmy się nawet zastanawiać. Marchewka zadekretowana jako owoc, by ratować biznes hiszpańskich dżemów. Ślimak lądowy awansowany do miana ryby lądowej, bo tak dyktuje interes francuskich dotacji. Trudno dziś wymienić kogoś, kto nie został uwikłany w tę maszynę – strefy wolne od tej zarazy powoli przestają istnieć. Zaczynamy mylić opakowanie z zawartością, a odhaczony w harmonogramie „projekt” z realnym życiem.
I właśnie o tym, w soczewce jednego, z pozoru tylko lokalnego wydarzenia, pisze w swoim felietonie Stanislas Laurel – zaprzyjaźniony z nami dziennikarz i bystry obserwator lokalnej rzeczywistości. Opowiada o tym, jak doskonała, broniąca się sama inicjatywa zderza się z machiną, która za wszelką cenę musi ogłosić sukces. Nawet jeśli prawda za oknem mówi coś zupełnie innego.
Zapraszamy do lektury. I do myślenia.
Festiwal odhaczony. Rozsądek odwołany. Dlaczego impreza na Żelaznym Szlaku Rowerowym zderzyła się z rzeczywistością?
Miał być festiwal promujący jedną z największych turystycznych wizytówek polsko-czeskiego pogranicza. Był specjalny pociąg z Gliwic jadący ponad dwie godziny na niespełna 60-kilometrowej trasie, tysiąc przygotowanych nagród, rozbudowana machina promocyjna i wydarzenie organizowane równocześnie w pięciu samorządach po obu stronach granicy. Tymczasem w festiwalowej grze udział wzięły 382 osoby, a internetowy konkurs fotograficzny przyciągnął zaledwie siedmiu uczestników. Problemem nie jest jednak sam Żelazny Szlak Rowerowy, który od dawna obronił swoją wartość. Problemem staje się coraz bardziej widoczna logika organizowania wydarzeń przede wszystkim po to, by można było ogłosić ich sukces — niezależnie od tego, co mówi rzeczywistość.
Gdy dobry pomysł zaczyna żyć własną biurokratyczną logiką
Trudno uczciwie krytykować sam Żelazny Szlak Rowerowy. To jedna z najlepszych inicjatyw turystycznych, jakie powstały na polsko-czeskim pograniczu w ostatnich latach. Trasa jest wygodna, bezpieczna i naprawdę żyje. Wystarczy słoneczny weekend, by zapełniła się rowerzystami — bez scen, konferansjerów i obowiązkowych przemówień o „aktywizacji pogranicza”.
I właśnie dlatego coraz trudniej zrozumieć, dlaczego wokół czegoś, co obroni się samo, buduje się dziś tak ciężką i coraz mniej elastyczną machinę organizacyjną.
Problem nie polega bowiem na samym festiwalu ale w sposobie jego prowadzenia. Na logice, w której wydarzenie coraz wyraźniej zaczyna funkcjonować przede wszystkim jako projekt do zrealizowania, a dopiero później jako realne spotkanie ludzi.
W tym mechanizmie swoje role odgrywają koordynujące całość Stowarzyszenie Rozwoju i Współpracy Regionalnej „Olza”, jak i samorządy, które od lat uczestniczą w tym przedsięwzięciu. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że z roku na rok coraz mniej miejsca zostaje tam na zwykły zdrowy rozsądek.
Pogody nie da się zamówić
Tegoroczna edycja kolejny raz odbywała się w warunkach, które mieszkańcy regionu potrafili przewidzieć z kilkudniowym wyprzedzeniem. Chłód, deszcz i wiatr w połowie maja nie są tutaj żadnym zaskoczeniem. To teren, gdzie pogoda potrafi rozsypać najbardziej ambitny scenariusz w ciągu jednego dnia.
Mimo to uruchomiono cały organizacyjny aparat: specjalny pociąg z Gliwic, który pokonywał niespełna 60-kilometrową trasę do Zebrzydowic w ponad dwie godziny, strefy gastronomiczne, wynajętą infrastrukturę, animatorów, konkursy, punkty promocyjne i medialną otoczkę wydarzenia.
I właśnie tutaj pojawia się największy problem całego przedsięwzięcia. Nie chodzi już nawet wyłącznie o pogodę czy samą frekwencję. Chodzi o całkowity brak refleksji, czy w takich warunkach warto uruchamiać całą tę kosztowną konstrukcję dokładnie w tej samej, niezmiennej formule.
Dobra organizacja nie polega przecież na mechanicznym realizowaniu niezmienionego od lat harmonogramu, lecz na reagowaniu na rzeczywistość.
Tymczasem wszystko sprawiało wrażenie, jakby najważniejsze było jedno: żeby impreza po prostu się odbyła.
Skala przedsięwzięcia zupełnie przestała odpowiadać rzeczywistości. Dla festiwalu organizowanego równocześnie w pięciu samorządach po obu stronach granicy przygotowano około tysiąca nagród, podczas gdy — jak poinformowała po wydarzeniu gmina Zebrzydowice — w festiwalowej grze udział wzięły 382 osoby. Trudno mówić tu wyłącznie o „trudnych warunkach pogodowych”. To znacznie bardziej obraz całkowitego rozjechania się organizacyjnych ambicji z realnym zainteresowaniem ludzi.
Marketing, który odkleił się od rzeczywistości
W materiałach promocyjnych regularnie pojawiają się te same sformułowania: „budowanie marki”, „aktywizacja pogranicza”, „promocja współpracy transgranicznej”, „wzmacnianie rozpoznawalności”.
Brzmi to dobrze, ale problem zaczyna się wtedy, gdy język promocji przestaje mieć jakikolwiek kontakt z rzeczywistością.
Marki nie buduje się przecież samym faktem organizacji wydarzenia, bez pozytywnych doświadczeń uczestników staje się ona jedynie promocyjną wydmuszką.
Symboliczny okazał się również festiwalowy konkurs fotograficzny prowadzony w mediach społecznościowych. Mechanizm był prosty: uczestnicy mieli publikować zdjęcia z wydarzenia na facebookowej stronie festiwalu. Ostatecznie udział w konkursie wzięło siedem osób. Trudno o bardziej wymowny obraz realnej skali zainteresowania całym przedsięwzięciem.
Jeżeli ktoś wraca do domu przemoczony, zmarznięty i zirytowany pustymi strefami aktywności, trudno oczekiwać, by wyjeżdżał z poczuciem udziału w wyjątkowym święcie regionu. Znacznie bardziej prawdopodobne jest przekonanie, że organizatorzy za wszelką cenę próbowali utrzymać narrację o sukcesie, choć rzeczywistość mówiła coś zupełnie innego.
I właśnie tutaj pojawia się największy zarzut wobec sposobu zarządzania festiwalem. Zamiast elastyczności mamy coraz bardziej sztywną logikę projektu, w której najważniejsze staje się utrzymanie wizerunku sukcesu — niezależnie od tego, jak wydarzenie wyglądało naprawdę.
Kiedy harmonogram staje się ważniejszy od rozsądku
W Polsce odwołanie imprezy wciąż bywa traktowane niemal jak organizacyjna kompromitacja. Tymczasem w miejscach, które naprawdę poważnie podchodzą do wydarzeń plenerowych, zmiana terminu z powodu fatalnej prognozy nie jest powodem do wstydu. Jest oznaką odpowiedzialności.
Tutaj można było odnieść wrażenie, że harmonogram stał się ważniejszy od jakości samego wydarzenia.
Skoro podpisano umowy, przygotowano materiały promocyjne i rozpisano działania medialne, impreza musi się odbyć. Nawet wtedy, gdy wszystko wskazuje na to, że warunki pogodowe skutecznie ograniczą frekwencję i odbiór całego przedsięwzięcia.
A potem pozostają obrazy, których nie przykryje żaden entuzjastyczny komunikat prasowy:
-
moknące namioty,
-
przedsiębiorcy czekający bez klientów,
-
animatorzy próbujący utrzymać atmosferę zabawy dla garstki dzieci,
-
konferansjerzy walczący o entuzjazm ludzi chowających się przed deszczem.
I właśnie w tym miejscu pojawia się pytanie również do samorządów uczestniczących w projekcie. Bo choć trudno nie dostrzegać dominującej roli Stowarzyszenia „Olza” w całej formule wydarzenia, to jednak nikt tych decyzji nie podejmuje w próżni. Kolejne gminy i miasta od lat uczestniczą w tym mechanizmie, współfinansują go i firmują własnymi logotypami.
Trudno więc dziś udawać, że odpowiedzialność leży wyłącznie po jednej stronie.
Szlak nie potrzebuje sztucznego entuzjazmu
Żelazny Szlak Rowerowy właściwie nie musi już nikomu udowadniać swojej wartości. Już jakiś czas temu odnotowano przejazd milionowego rowerzysty — a trudno o bardziej wiarygodny dowód, że ta infrastruktura naprawdę stała się sukcesem. Szlak jest dziś miejscem, które ludzie włączyli do swojego sposobu spędzania czasu.
W słoneczne weekendy trasa zapełnia się rowerzystami bez potrzeby organizowania wielkich festiwalowych inscenizacji. Nie potrzeba scen, konferansjerów ani marketingowego hałasu, by tysiące ludzi chciały tu przyjechać. I właśnie to jest najlepszą miarą powodzenia takich projektów — nie liczba banerów czy oficjalnych komunikatów, ale naturalna obecność użytkowników.
Tymczasem sposób organizacji festiwalu coraz częściej sprawia wrażenie próby administracyjnego dopisywania sukcesu do czegoś, co obroniło się już dawno samo.
Koszty ponoszą nie ci, którzy piszą komunikaty
Najbardziej odczuwają to lokalni przedsiębiorcy, którzy przy okazji takich wydarzeń słyszą wcześniej zapowiedzi o tłumach uczestników i zwiększonym ruchu turystycznym. Przygotowują dodatkowy towar, organizują obsadę, inwestują czas i pieniądze, licząc na weekend, który rzeczywiście przełoży się na większą liczbę klientów.
Tymczasem rzeczywistość często okazuje się znacznie skromniejsza niż promocyjne zapowiedzi, a zamiast oczekiwanego ruchu pojawia się jedynie garstka najwytrwalszych rowerzystów.
Po wszystkim w internecie publikowane są starannie dobrane zdjęcia i komunikaty o „udanej edycji mimo trudnych warunków atmosferycznych”, ale koszty pozostają na miejscu. I właśnie dlatego coraz więcej ludzi reaguje dziś nieufnością na język samorządowej promocji.
Zbyt często zaczyna on funkcjonować według własnej logiki — niezależnie od frekwencji, ekonomicznego sensu wydarzenia czy rzeczywistych opinii uczestników. Najważniejsze staje się bowiem to, czy imprezę udało się przeprowadzić zgodnie z planem. Nikt nie zastanawia się czy faktycznie spełnia swoje zadanie.
Dobry produkt można po prostu źle prowadzić
Być może problem nie leży więc ani w samym szlaku, ani nawet w idei festiwalu, a w sposobie zarządzania czymś, co już dawno stało się wartościowym produktem turystycznym.
Nie każdą frekwencyjną porażkę przykryją zdjęcia w mediach społecznościowych. Nie każdą organizacyjną słabość da się zasłonić hasłami o promocji regionu i współpracy transgranicznej. A przede wszystkim — nie każde wydarzenie staje się sukcesem tylko dlatego, że ostatecznie udało się je odhaczyć w kalendarzu.
Co znamienne, sami organizatorzy zapowiedzieli już analizę różnych rozwiązań, w tym często zgłaszanej przez uczestników zmiany terminu wydarzenia. Trudno o bardziej czytelny sygnał, że obecna formuła festiwalu zaczyna wymagać poważniejszej refleksji.
Żelazny Szlak Rowerowy zasługuje dziś raczej na spokojne i rozsądne zarządzanie niż na coraz cięższe inscenizacje sukcesu. Bo nawet najlepszy produkt można bardzo łatwo osłabić organizacyjnym uporem i brakiem refleksji nad tym, kiedy powiedzieć: „w tej formule to po prostu nie działa”.
Stanislas Laurel-dzienikarz
foto -własne
