DECEMBER 9, 2022
AKTUALNOŚCI

Kto ukradł Śląsk?

post-img

 Województwo śląskie to prawdopodobnie jedyny region w kraju, który od lat prowadzi autonomiczną politykę zagraniczną. Wenecja zalegalizowała swój pobyt w Cieszynie, Wiedeń skolonizował Bielsko-Białą, a Malediwy wypłynęły pod Jaworznem. Dlaczego tak bardzo wstydzimy się własnych nazw

Kto ukradł Śląsk?

Województwo śląskie to prawdopodobnie jedyny region w kraju, który od lat prowadzi autonomiczną politykę zagraniczną. Wenecja zalegalizowała swój pobyt w Cieszynie, Wiedeń skolonizował Bielsko-Białą, Mazury bezczelnie anektowały Palowice, Malediwy wypłynęły pod Jaworznem, a Paryż – jak gdyby nigdy nic – wyrósł na rondzie w Rybniku. Proces ten trwa w najlepsze i nic nie wskazuje na to, by rychło miał się zakończyć. Można wręcz odnieść wrażenie, że każda nowa atrakcja turystyczna w regionie otrzymuje paszport obcego państwa jeszcze przed oficjalnym przecięciem wstęgi.

 

Świat według marketingu

Jeszcze dwadzieścia lat temu, w czasach przedinternetowej niewinności, człowiek pakował plecak i jechał po prostu do Jaworzna, Palowic albo Cieszyna. Dziś coraz częściej ląduje na Malediwach, Mazurach lub w Wenecji. Co ciekawe, same miejsca nie przesunęły się na mapie nawet o centymetr – dramatycznej modyfikacji uległ jedynie sposób opowiadania o nich.

 

W epoce bezwzględnej walki o klikalność rodowa nazwa własna przestała wystarczać. Kiedyś zadaniem reportażysty czy autora przewodnika było rzetelne opisanie genius loci. Dziś sprzedaje się wyłącznie skróty myślowe i gotowe skojarzenia. Algorytm nie interesuje się lokalną historią, on karmi się czystą emocją. A nic nie generuje ruchu skuteczniej niż obietnica taniej egzotyki ukrytej tuż za rogiem.

 

Mechanizm tej kulturowej podmiany jest boleśnie powtarzalny. Najpierw w sieci pojawia się mocno podrasowane filtrami zdjęcie, zaraz za nim kroczy chwytliwy nagłówek, a następnie kolejne portale bezrefleksyjnie powtarzają nową kalkę językową tak długo, aż podróbka zaczyna żyć własnym życiem. Po kilku latach internetowej tresury mało kto pamięta, kto pierwszy wpadł na genialny pomysł, by akurat ten konkretny kawałek Jaworzna wyekspediować prosto na Ocean Indyjski.

 

Cień Franciszka Józefa nad Podbeskidziem

W całym tym festiwalu zapożyczeń Bielsko-Biała ze swoim tytułem „Małego Wiednia” stoi o szczebel wyżej niż reszta stawki. Tutaj skojarzenie nie jest wymysłem zdesperowanego marketingowca, lecz historycznym faktem zakorzenionym w architekturze przełomu XIX i XX wieku. Eklektyczne kamienice, gmach teatru zaprojektowany przez słynny wiedeński duet Felner i Helmer, reprezentacyjne gmachy publiczne i sam układ urbanistyczny sprawiają, że spacerując po centrum, rzeczywiście można poczuć subtelny zapach cesarsko-królewskiej nostalgii. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy historyczna inspiracja zaczyna zastępować i pożerać własną tożsamość.

 

Bo Bielsko-Biała nie jest przecież przypisem do austriackiej stolicy. Ma własną, potężną historię przemysłu włókienniczego, unikalny, dwumiejski charakter i własne, w zupełności wystarczające powody do dumy. Uporczywe promowanie jej wyłącznie jako „Małego Wiednia” niesie za sobą ryzyko sprowadzenia jednego z najciekawszych i najbardziej samowystarczalnych miast południowej Polski do roli uboższego, prowincjonalnego kuzyna cesarskiej metropolii.

 

Gondola na Młynówce

Podobną taryfę ulgową, ze względu na wiek, zwykło się stosować wobec Wenecji Cieszyńskiej. Ta nazwa zdążyła już wrosnąć w krajobraz miasta, oswoiść się i stać jego naturalnym, wręcz nobilitującym elementem. Mimo to trudno uciec od pewnej ironicznej refleksji.

 

Włoska Wenecja przez stulecia budowała swoją potęgę na labiryncie morskich kanałów. W Cieszynie rolę tej malowniczej wodnej arterii pełni Młynówka – urokliwa, historyczna i znakomicie wpisana w tkankę miejską. Wystarczy jednak rzut oka na jej szerokość, by zrozumieć, że wpuszczenie tam tradycyjnej gondoli wymagałoby od sternika znacznie więcej uporu i desperacji niż realnych umiejętności żeglarskich. I właśnie dlatego ten przypadek jest tak ciekawy: udowadnia, że chwytliwa etykieta potrafi przeżyć całe pokolenia, całkowicie odklejając się od skali zjawiska, które pierwotnie miała opisywać.

Paryż na rondzie

O ile Bielsko i Cieszyn mają przynajmniej historyczne alibi dla swoich przydomków, o tyle Rybnik podszedł do tematu z charakterystyczną śląską prostotą i bez zbędnych sentymentów. Skoro globalnym symbolem Paryża jest wieża Eiffla, to zamiast bawić się w subtelne metafory, należało po prostu postawić wieżę Eiffla. Odpowiednio pomniejszoną. Na środku ronda. W wersji skrojonej na miarę lokalnych możliwości logistycznych.

 

Trudno odmówić temu rozumowaniu specyficznej logiki. Francuzi budowali markę swojej stolicy przez stulecia, inwestując w kulturę, architekturę i sztukę. Na Śląsku podobny wolumen prestiżu próbuje się wygenerować znacznie szybciej – za pomocą kilku ton stali i sprawnego spawacza. W świecie social mediów czas to przecież pieniądz, a lajki nie lubią czekać.

 

Ocean Indyjski pod Sosnowcem

Jednak w kategorii geograficznej maskarady najbardziej spektakularną i absurdalną karierę zrobiły wspomniane Malediwy. Park Gródek w Jaworznie to przecież miejsce fascynujące samo w sobie. Dramatyczna historia dawnego wyrobiska dolomitowego, hipnotyzująca turkusowa woda i przede wszystkim udana, modelowa rekultywacja zdegradowanego terenu tworzą opowieść, której nie trzeba sztucznie pudrować ani wzmacniać.

 

Przeglądając te marketingowe litanie, można dojść do wniosku, że największym odkryciem geograficznym XXI wieku było przesunięcie Oceanu Indyjskiego w bezpośrednie sąsiedztwo Sosnowca i Chrzanowa.

 

Mimo to od lat jesteśmy biczowani artykułami o śląskich Malediwach, polskich Malediwach, Malediwach na weekend i Malediwach zachwycających zagraniczne media. Najbardziej zastanawiające pozostaje jednak coś innego: nikt przy zdrowych zmysłach nie nazywa oryginalnego azjatyckiego archipelagu „Jaworznem Oceanu Indyjskiego”. Wektor tego porównania zawsze biegnie w jedną stronę – to, co lokalne i nasze, musi rozpaczliwie przypominać coś odległego i globalnego, by w ogóle zasłużyć na uwagę. W tym jednym protekcjonalnym odruchu kryje się cała filozofia współczesnej promocji regionów.

 

Lipcowy toast w Jastrzębiu

Za kilka dni przypada rocznica urodzin Mikołaja Witczaka. To doskonała okazja, by przypomnieć postać tego powstańca śląskiego i wizjonera, który miał o śląskiej ziemi znacznie lepsze zdanie niż wielu współczesnych specjalistów od PR-u.

Urodzony 4 lipca 1896 roku Witczak nie potrzebował importować do Jastrzębia szwajcarskich Alp ani bawarskich kurortów. Gdy wraz z bratem przeobrażał tamtejszy Park Zdrojowy w tętniący życiem, elegancki salon kuracyjny międzywojennej Polski, nie próbował wmawiać gościom, że przyjechali do śląskiego Baden-Baden. Budował markę tego miejsca pod jego własną nazwą i pod własnym adresem. Kiedy walczył w III powstaniu śląskim jako dowódca grupy „Południe”, najwyraźniej zakładał, że ta ziemia ma swą surową, autonomiczną wartość i nie musi nosić cudzych masek. Jastrzębie-Zdrój miało być po prostu Jastrzębiem. Patrząc na dzisiejszą modę na hurtowe importowanie egzotyki, trudno oprzeć się wrażeniu, że tamto przedwojenne podejście było nieskończenie bardziej nowoczesne i dojrzałe od współczesnych, lękowych strategii promocyjnych.

 

Ziemia, która nie potrzebowała pożyczek

Cała ta zabawa w podmienianie tablic geograficznych byłaby nawet urocza, gdyby nie dotyczyła właśnie Śląska. Mówimy przecież o regionie, którego unikalna tożsamość hartowała się w ogniu skomplikowanej historii przez długie stulecia. O ziemi posiadającej własną, głęboką kulturę, etos pracy i przede wszystkim – własną, przebogatą mowę.

 

Wokół śląszczyzny narosło wiele krzywdzących mitów, tymczasem językoznawcy od dawna dostrzegają w niej fascynujący fenomen. To, co laik zbywa mianem „prowincjonalnej gwary”, w rzeczywistości nosi w sobie geny dawnej, książęcej świetności. Śląska mowa to bezpośrednia kulturowa spadkobierczyni czasów Piastów śląskich. Gdy tutejsi wielcy książęta rządzili swoimi udzielnymi włościami, ich dwory rozmawiały językiem, którego szkielet przetrwał do dziś właśnie w śląskiej godce.

 

Ona nie jest ułomna, konserwuje brzmienia, konstrukcje gramatyczne i leksykę staropolską z epoki Reja czy Kochanowskiego, które w Warszawie czy Krakowie dawno już starła rzeka czasu. To język dawnej piastowskiej dyplomacji, z naturalną dumą wzbogacany przez wieki o wpływy czeskie i niemieckie. I oto jawi się fundamentalny paradoks: region o tak głębokich, wręcz dynastycznych korzeniach językowych i historycznych, zaczyna opisywać własne bogactwo za pomocą tanich, marketingowych pożyczek. Jakby tysiąc lat własnej emancypacji nagle przestało wystarczać.

 

Nazwy takie jak Cieszyn, Bielsko, Jastrzębie, Racibórz, Bytom czy Opole lśniły na mapach Europy w wiekach, gdy nikomu nie śniło się jeszcze o marketingu terytorialnym, rebrandingu czy budowaniu świadomości marki. Tym bardziej zdumiewa łatwość, z jaką próbuje się dziś zastępować tę surową autentyczność fastfoodowymi skojarzeniami.

 

Lekcja z Pustyni Błędowskiej

Na tle tej całej zagranicznej maskarady niczym pomnik zdrowego rozsądku wyrasta Pustynia Błędowska. Od dziesięcioleci przyciąga turystów, jest na stałe obecna w podręcznikach, przewodnikach i zbiorowej wyobraźni kolejnych pokoleń Polaków. Co najważniejsze: funkcjonuje wyłącznie pod własnym nazwiskiem.

 

Jakoś nikt nigdy nie próbował na siłę mianować jej „Saharą Europy Środkowej”. Żaden urzędnik nie uznał, że piaszczyste wydmy potrzebują afrykańskiego patrona ani protekcjonalnego dopisku tłumaczącego turyście, że ogląda coś, co imituje wielki świat. Wystarczyła Pustynia Błędowska. I być może właśnie dlatego zapada w pamięć mocniej niż wszystkie te marketingowe hybrydy, którym co sezon trzeba od nowa przypominać ich rzekomą, światową tożsamość.

 

Kompleks autora nagłówka

Palowice nie mają najmniejszego profesjonalnego problemu z byciem po prostu Palowicami. Jaworzno doskonale radzi sobie jako Jaworzno, Bielsko-Biała zachwyca bez oglądania się na Austrię, Jastrzębie-Zdrój niesie w sobie dumne dziedzictwo Witczaków, a Cieszyn od dobrych kilkuset lat nie musi nikomu udowadniać swojej kulturowej wartości.

 

Kompleks niższości nie leży w śląskiej ziemi. On gnieździ się w głowach autorów klikalnych nagłówków, którzy nie ufają sile rodzimych nazw. Objawia się w protekcjonalnym przekonaniu, że masowy odbiorca zainteresuje się własnym krajem dopiero wtedy, gdy doklei mu się metkę z zagranicznym adresem. W fałszywym przeświadczeniu, że lokalność jest ułomna i potrzebuje światowego tłumacza.

 

Przez ponad tysiąc lat Śląsk radził sobie doskonale bez cudzych paszportów i niczyjej łaski. Trudno uwierzyć, że akurat teraz, w epoce rzekomego globalnego otwarcia, zaczął rozpaczliwie potrzebować podrabianych wiz.

 

 

autor felietonu Stanislas Laurel

redakcja jas24info

#Śląsk, #śląskie Malediwy, #turystyka na Śląsku, #Mikołaj Witczak, #Jastrzębie-Zdrój, #Park Zdrojowy, #Cieszyn, #Rybnik, #felieton

 

 

O Nas

Jastrzębski portal dialogu społecznego.
Unia Europejska
Mieszkańcy Jastrzębia i okolic