DECEMBER 9, 2022
AKTUALNOŚCI

Kokaina w nosie...

post-img

Kokaina w nosie, lecimy samolotem. Czyli o erozji państwa, upadku mecenatu i kulturze jako tanim evencie

Czy misją publicznych instytucji jest finansowanie wulgarnych rymów o zażywaniu twardych narkotyków z pieniędzy podatników? Przypadek koncertu podczas Wianków w Zebrzydowicach to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Współczesne państwo i samorządy, w pogoni za klikalnością i tanim poklaskiem, abdykowały z roli mecenasów wartościowej kultury na rzecz głośnych, bezwartościowych eventów. Kiedy lokalne domy kultury stają się agencjami imprezowymi, a urzędy centralne bezkrytycznymi bankomatami dla skandalistów, zaczyna się powolna, instytucjonalna erozja. Czas zapytać wprost: na co właściwie idą nasze pieniądze?

„Kokaina w nosie, lecimy samolotem…”

To nie jest cytat z policyjnego protokołu spisanego po nocnym nalocie na klub nocny. To wers piosenki, który z pełną mocą watów wybrzmiewa podczas plenerowej imprezy organizowanej przez publiczną instytucję kultury. Dokładniej – podczas Wianków, nad którymi pieczę sprawuje Gminny Ośrodek Kultury w Zebrzydowicach. Pieniądze na scenę, nagłośnienie i gażę artysty popłynęły wprost z kieszeni tamtejszych podatników. Ludzi, którzy rano wstają do pracy, płacą podatki i liczą każdy grosz w domowych budżetach.

I właśnie dlatego ten tekst nie jest klasycznym felietonem o jednym zespole, którego nazwy nie warto wymieniać, by nie mnożyć mu darmowych zasięgów. Nie jest to również lokalna skarga na potknięcie organizacyjne w Zebrzydowicach. Przypadek ten – choć jaskrawy – jest symptomem głębszej choroby. To tekst o czymś znacznie poważniejszym: o państwie i samorządach, które w pogoni za nowoczesnością, klikalnością i świętym spokojem zatraciły busolę moralną i instytucjonalną. Przestały wiedzieć, po co właściwie istnieją.

Budżet jako manifest wartości

Żyjemy w czasach technokratycznego złudzenia, że zarządzanie publiczne polega wyłącznie na przesuwaniu cyfr w arkuszach kalkulacyjnych. Budżet państwa czy najmniejszej gminy wiejskiej nie jest tylko bezduszną tabelką w Excelu, zestawem pozycji, które mają się zbilansować pod okiem Regionalnej Izby Obrachunkowej. Budżet jest w swojej istocie najczystszym, najbardziej bezwzględnym i obiektywnym manifestem wartości danej władzy. Jest deklaracją ideową przełożoną na język finansowy.

Każda złotówka wydana przez urzędnika mówi obywatelowi coś fundamentalnego: to uznajemy za ważne. To chcemy wspierać jako wspólnota. Taką Polskę, z taką wrażliwością i estetyką chcemy budować dla was i dla waszych dzieci. Kiedy gmina przeznacza dziesiątki tysięcy złotych na koncert formacji karmiącej młodzież wulgarną nawijką o zażywaniu twardych narkotyków, wysyła czytelny komunikat: „Nie obchodzi nas treść. Obchodzi nas hałas. Obchodzi nas to, żebyście przez trzy godziny nie myśleli o realnych problemach”.

Od mecenatu do taniego eventu

Przez stulecia pojęcie mecenatu publicznego wiązało się nierozerwalnie z odpowiedzialnością i długim trwaniem. Władca, renesansowe miasto czy demokratyczne państwo prawa wspierały to, co miało szansę przetrwać próbę czasu i podnieść poziom intelektualny społeczeństwa. Finansowano biblioteki, orkiestry, muzea, teatry, badania naukowe, ambitną literaturę. Robiono to nie dlatego, że te przedsięwzięcia były dochodowe. Wręcz przeciwnie – finansowano je właśnie dlatego, że były niedochodowe, a dla przetrwania kodu kulturowego narodu okazały się absolutnie niezbędne. Wiedziano, że bez publicznego wsparcia wysoka kultura ustąpi miejsca jarmarcznej tandecie.

Dzisiaj historyczny mecenat został brutalnie zamordowany i zastąpiony przez wszechobecny, agresywny „event”. Dla współczesnego urzędnika kultura przestała być procesem, a stała się jednorazowym produktem o krótkim terminie przydatności. Liczy się wielka, aluminiowa scena, oślepiające światła LED, gigantyczne nagłośnienie oraz – przede wszystkim – frekwencja. Miarą sukcesu dyrektora domu kultury nie jest to, ile dzieci nauczyło się grać na instrumentach czy ilu lokalnych twórców dostało szansę na rozwój. Miarą sukcesu są zdjęcia z drona, kilka chwytliwych rolek wrzuconych na Facebooka oraz pęczniejące statystyki zasięgów internetowych.

Gdy opadną kurtyny, zgasną reflektory, a artyści odjadą luksusowymi busami, w przestrzeni publicznej nie zostaje absolutnie nic. Po dwóch dniach huku mieszkańcom pozostaje jedynie posprzątany przez służby komunalne trawnik oraz potężny rachunek do zapłacenia z kasy gminy. Państwo i samorząd stają się w ten sposób nie mecenasami piękna, lecz sponsorami chwilowego, zmysłowego otępienia.

Granica między prowokacją a współwiną

W tym miejscu natychmiast pojawia się dyżurny argument obrońców status quo: przecież artysta ma prawo do ekspresji, sztuka od zawsze prowokowała, a cenzura to domena systemów totalitarnych. Owszem, zgoda. Artyści mają pełne prawo do prowokacji, przekraczania granic i dotykania tematów mrocznych czy wulgarnych. Od tego jest wolność twórcza. Ale ten proces powinien odbywać się na wolnym rynku, w prywatnych klubach czy na biletowanych festiwalach, gdzie dorosły człowiek świadomie kupuje wejściówkę, decydując się na kontakt z określoną estetyką.

Problem o charakterze ustrojowym i moralnym zaczyna się dokładnie w tym momencie, gdy owa prowokacja staje się elementem oficjalnego programu finansowanego z przymusowych danin publicznych. Państwo nie jest prywatnym promotorem koncertowym, który goni za zyskiem i kontrowersją. Samorząd nie jest komercyjną agencją eventową, która musi dostarczyć jakikolwiek bodziec, byle tylko tłum krzyczał pod sceną. Jeżeli instytucja publiczna firmuje wydarzenie własną powagą, zaprasza na nie rodziny z dziećmi, a nad sceną wiesza herb gminy, to bierze pełną odpowiedzialność – nie tylko za barierki ochronne, ale również za przekaz intelektualny i moralny, który wprowadza do tkanki społecznej.

Odmowa sfinansowania występu zespołu śpiewającego o narkotykach z pieniędzy publicznych nie jest cenzurą. Jest elementem zarządzania kapitałem symbolicznym. Cenzura to zakazanie artyście występów w ogóle; odpowiedzialność to powiedzenie mu: „Rób to za swoje, a nie za nasze”. Dziś jednak, pod wpływem postmodernistycznego nihilizmu, wmówiono nam, że urzędnik nie ma prawa oceniać sztuki. W efekcie urzędnicy abdykowali ze swojej roli selekcjonerów wartości, stając się dystrybutorami gotówki dla każdego, kto potrafi zrobić wokół siebie odpowiednio głośny szum.

Systemowa abdykacja z kryteriów: przypadek Jasia Kapeli

Ten sam paraliż decyzyjny i brak odwagi cywilnej widać na najwyższych szczeblach władzy centralnej. Kilka miesięcy temu opinię publiczną obiegła informacja, że Jaś Kapela – postać znana głównie z medialnych skandali i prowokacji o wątpliwych walorach estetycznych – otrzymał stypendium z Ministerstwa Kultury na realizację projektu artystycznego. Resort natychmiast zasłonił się procedurami: decyzję podjęły niezależne komisje ekspertów, projekt spełniał wymogi formalne, uzyskał wysoką punktację.

I to jest moment, w którym musimy uciec od personalnej dyskusji o samym Kapeli. On jako jednostka ma pełne prawo pisać, co mu się podoba. Może pisać wiersze, tworzyć skandalizujące musicale czy publikować manifesty, które połowa kraju uzna za grafomanię. Na tym polega wolność. Jednak wolność twórcza nie oznacza automatycznie prawa do publicznego garnuszka i zasilania konta bankowego z podatków obywateli. To są dwa zupełnie różne porządki ustrojowe.

Państwo nie jest od finansowania wszystkiego, co ktoś nazwie sztuką. Państwo ma realizować misję mecenatu, a mecenat ze swojej natury oznacza selekcję. Selekcja zaś jest niemożliwa bez przyjęcia jasnych kryteriów oceny. Jeżeli finansuje się jedne przedsięwzięcia, a inne odrzuca, państwo dokonuje aktu wartościowania. Mówi obywatelom: to uważamy za budujące, to za wartościowe. Pytanie o publiczne pieniądze w kulturze jest więc pytaniem o politykę społeczną, a nie o prywatne upodobania. Gust jest sprawą prywatną; budżet – rzeczą wspólną.

Pokusa uprzywilejowania, czyli instytucje jako łup

Zjawisko to, polegające na traktowaniu publicznych zasobów jak prywatnego folwarku lub narzędzia do budowania doraźnych korzyści, wykracza daleko poza sferę kultury. Widzimy je w niemal każdej dziedzinie życia. Przykładem są doniesienia dotyczące domniemanego uprzywilejowanego traktowania niektórych pacjentów w Szpitalu Południowym. Choć sprawa jest przedmiotem wyjaśnień i nie wolno nam ferować wyroków, to sam fakt pojawienia się podejrzeń o istnienie „ścieżki VIP” dla osób powiązanych z elitą polityczną wywołał potężne oburzenie społeczne.

Dlaczego ludzie reagują na takie sygnały tak alergicznie? Ponieważ podświadomie czujemy, gdzie leży granica między państwem cywilizowanym a prywatnym folwarkiem. Instytucja publiczna – czy to szpital, szkoła, czy dom kultury – nie może mieć „swoich”. Nie może mieć lepszych, ważniejszych, uprzywilejowanych klientów czy pacjentów. Nie została powołana do obsługiwania interesów jednej opcji politycznej czy promowania zaprzyjaźnionego środowiska towarzyskiego. Ma służyć każdemu obywatelowi na równych zasadach. Gdy kultura i zdrowie stają się walutą w transakcjach wizerunkowych, państwo przestaje być dobrem wspólnym.

Prawdziwa misja kontra dyktat rynku

Gminne ośrodki kultury i miejskie estrady nie zostały powołane do tego, by stawać w szranki z prywatnymi promotorami muzycznymi. Jeśli jedyną ambicją lokalnego domu kultury staje się organizowanie coraz głośniejszych imprez masowych, na które zaprasza się wykonawców z pierwszych stron portali plotkarskich, to po co właściwie utrzymywać te instytucje z naszych podatków? Wolny rynek zorganizuje rozrywkę znacznie szybciej, taniej i efektywniej. Prywatny przedsiębiorca postawi namiot, przywiezie piwo, opłaci gwiazdę komercyjną i jeszcze na tym zarobi.

Publiczne instytucje istnieją po to, by robić dokładnie to, czego wolny rynek z racji braku opłacalności nigdy nie zrobi. Ich zadaniem jest budowanie pamięci historycznej regionu, ochrona ginącego dziedzictwa, edukacja artystyczna dzieci, stawianie intelektualnych wymagań i mozolne kształtowanie smaku estetycznego. Kultura finansowana przez podatnika nie musi być prosta i przyjemna. Ma prawo, a nawet obowiązek, uwierać i zmuszać do myślenia.

Każda decyzja o wydaniu publicznego grosza powinna być poprzedzona pytaniem: co zostanie z tego za dziesięć lat? Czy zostanie wartościowa monografia historyczna gminy? Czy spektakl lokalnego teatru, który zmienił życie kilku młodych ludzi? Czy uratowany od ruiny zabytek? Czy może zostanie mądrzejsza wspólnota obywatelska? Czy też, jak to coraz częściej bywa, po weekendowym szaleństwie zostanie tylko rachunek za scenę, nagłośnienie i ekskluzywny catering dla VIP-ów?

Erozja państwa zaczyna się od drobiazgów

Największym dramatem współczesnego państwa – zarówno na poziomie centralnym, jak i lokalnym – wbrew pozorom wcale nie jest brak pieniędzy. Największym dramatem jest porażający brak ambicji. Brak odwagi, by wyjść do młodego człowieka i powiedzieć mu prosto w oczy: „Kultura to coś więcej niż basowy hałas i prymitywny tekst o ćpaniu. Wolność to nie jest anarchia i rezygnacja z odpowiedzialności. Wspólnota nie buduje się wyłącznie przy grillu i zapachu pieczonej kiełbasy pod sceną. Istnieją w życiu zbiorowym rzeczy ważniejsze niż liczba lajków i chwilowa frekwencja”.

Można oczywiście na to wszystko wzruszyć ramionami. Można zarzucić autorowi anachronizm czy elitaryzm i powiedzieć z lekceważeniem: „Dajcie spokój, to tylko jedna piosenka, to tylko niewinny koncert na prowincji, to tylko jedno stypendium, to tylko kolejna drobna afera”. Otóż nie. Dokładnie od takich małych ustępstw, od takich rzekomo nieistotnych „tylko”, zaczyna się powolna erozja struktur państwowych.

Państwo nie rozpada się spektakularnie w ciągu jednego dnia. Państwo umiera powoli, od środka, gdy jego instytucje przestają odróżniać mecenat od sponsoringu, kulturę od rozrywki, a realizację dobra wspólnego od ordynarnej polityki wizerunkowej i PR-u. Kiedy ta granica zostanie ostatecznie zatarta, nawet najgłośniejsza scena plenerowa nie będzie w stanie zagłuszyć fundamentalnego pytania, które rozgniewany obywatel w końcu zada władzy: Na co właściwie idą nasze pieniądze?

Autor: Stanislas Laurel/jas24info

 

 

O Nas

Jastrzębski portal dialogu społecznego.
Unia Europejska
Mieszkańcy Jastrzębia i okolic