W cieniu kanikuły i partyjnego PR-u. O jastrzębskich bohaterach, zawłaszczonej kulturze i polityce, która niszczy wszystko, czego dotknie
Okres letniej kanikuły i lejącego się z nieba żaru zazwyczaj nastraja do zwalniania tempa. To czas, w którym chętniej uciekamy od ciężkiej polityki, szukając wytchnienia w tematach społecznych i kulturalnych. I o kulturze właśnie miał być ten tekst. Niestety, w jastrzębskich realiach nawet najbardziej szlachetne wydarzenia potrafią zostać sprowadzone do parteru przez bezwzględny, polityczny pragmatyzm. Przyznanie państwowych odznak wybitnym jastrzębskim działaczom mogło być świętem całego miasta. Zamiast tego, stało się studium przypadku o tym, jak polityka instrumentalizuje dobro wspólne.
Zanim jednak przejdziemy do systemowej patologii, oddajmy hołd tym, wokół których to wydarzenie powinno się naprawdę kręcić. Bo to oni – a nie wręczający im medale decydenci – stanowią o sile i charakterze tego miasta.
Cisi architekci jastrzębskiej tożsamości
Fundamentów miejskiej tożsamości nie wylewa się z betonu przy okazji wielomilionowych projektów. Budują je ludzie, którzy latami po cichu robią swoje: uczą, dokumentują, organizują i pilnują, by lokalne historie nie zniknęły pod warstwą kurzu. Wyróżnienia „Zasłużony dla Kultury Polskiej” trafiły do czterech osób, których biografie to gotowe scenariusze na opowieść o prawdziwym, niedeklaratywnym patriotyzmie:
-
Urszula Marcinowska – przez blisko 40 lat urzędniczka, która swoją prawdziwą misję odnalazła w dokumentowaniu dziejów Jastrzębia-Zdroju. To ona jest współautorką kluczowych opracowań i monografii, m.in. parafii w Moszczenicy. Jest archiwistką faktów, które bez niej odeszłyby w niepamięć. Wciąż pracuje nad nowymi materiałami, obecnie przygotowując książkę m.in. o odkryciu moszczenickich solanek i historycznych kulisach blokowania ich wykorzystania.
-
Michał Oślizło – człowiek instytucja. Przez 34 lata związany z kopalnią „Moszczenica”, z czego przez 19 lat ryzykował życie jako ratownik górniczy. Po szychcie nie siadał w fotelu. Działał jako radny, przez lata kierował sztabem WOŚP, był przewodnikiem beskidzkim i wychowawcą młodzieży. To on współtworzył śpiewniki górnicze i dbał o nasze tradycje na długo przed tym, zanim stało się to modnym, wyborczym hasłem.
-
Marian Górny – od 1995 roku sternik Towarzystwa Miłośników Ziemi Jastrzębskiej. Współautor pięciu bezcennych książek o naszych sołectwach i dzielnicach, opisujących ich dzieje od średniowiecza po współczesność. Niestrudzony promotor śląskiej gwary, organizator konkursów regionalnych i współtwórca Jastrzębskiej Izby Regionalnej. Przypomina nam, w jakim języku mówiła ta ziemia, zanim wzniesiono na niej blokowiska.
-
Józef Ciałoń – postać, w której życiorysie węglowy pył nierozerwalnie splótł się z nutami. 47 lat na kopalni „Jas-Mos” i dekady poświęcone wychowaniu muzycznemu. Współtwórca Międzynarodowego Konkursu Młodzieżowych Orkiestr Dętych – wydarzenia, które było nie tylko fantastycznym świętem muzyki, ale międzynarodową wizytówką miasta o prestiżu wykraczającym daleko poza granice kraju. Inicjatywy te gromadziły setki młodych artystów, ucząc ich wrażliwości i współpracy.
Te cztery osoby to sól naszej ziemi. Łączy je jedno: tytaniczna, mierzona dekadami praca.
Ordery za zamkniętymi drzwiami
Właśnie dlatego okoliczności, w jakich uhonorowano ich państwowymi odznaczeniami, budzą tak głęboki niesmak. Z wnioskiem o medale wystąpił jeden z jastrzębskich parlamentarzystów. Sama inicjatywa zasługuje na pełne uznanie – po to wybieramy posłów, by dostrzegali i doceniali takie postacie. Problem o charakterze ustrojowym i moralnym zaczyna się w momencie realizacji.
Uroczystość wręczenia państwowych odznaczeń odbyła się w warunkach, którym daleko było do powagi, otwartości i transparentności. Zamiast radosnego święta kultury, w którym mogłyby wziąć udział wszystkie lokalne redakcje i szeroka publiczność, zorganizowano wydarzenie wręcz kameralne. Informacje o nim trafiły w zasadzie wyłącznie do jednego medium, bezpośrednio powiązanego z owym posłem. To nie jest zwykłe niedopatrzenie biura prasowego. To mechanizm sprowadzający najwyższe laury do roli zamkniętego, partyjnego eventu. Kultura znów została potraktowana instrumentalnie – jako wygodne tło do sesji zdjęciowej.
Klątwa politycznego uścisku
Dlaczego ta sytuacja tak bardzo uwiera? Historia uczy nas brutalnej prawdy: kiedy polityka zaczyna zbyt mocno interesować się kulturą, ta druga zawsze wychodzi z tego uścisku poturbowana. Używanie sztuki i jej twórców do doraźnych celów to systemowa choroba.
Przykłady można mnożyć, sięgając po największe nazwiska. Wybitny pisarz i podróżnik Ferdynand Antoni Ossendowski był w dwudziestoleciu międzywojennym literackim fenomenem. Pod względem popularności dorównywał samemu Henrykowi Sienkiewiczowi – jego książki ukazywały się w gigantycznych nakładach i były tłumaczone na ponad dwadzieścia języków, czyniąc go jednym z najpoczytniejszych polskich autorów na świecie. Ten literacki gigant został po wojnie całkowicie wymazany z kart historii i objęty bezwzględnym zapisem cenzorskim tylko dlatego, że w demaskatorskiej książce „Lenin” obnażył zbrodnicze oblicze wodza rewolucji. Ukrycie jego genialnych powieści przed młodzieżą ogołociło całe pokolenia. Możliwość kształtowania szlachetnych postaw została brutalnie przerwana, bo władza uznała, że "wie lepiej". Z kolei twórcy tacy jak Władysław Broniewski czy nasz śląski mistrz Gustaw Morcinek – z powodu uwikłania w relacje z władzą ludową – zapłacili inną cenę: zakłamywano ich biografie, a dzieła zepchnięto na margines na ołtarzu nowej poprawności.
Nie musimy jednak szukać w podręcznikach historii. Wystarczy spojrzeć na nasze jastrzębskie podwórko i budowę sali koncertowej przy Państwowej Szkole Muzycznej. Kiedy wizje były wielkie, a w blasku fleszy można było ogłaszać plany, chętnych politycznych "ojców sukcesu" nie brakowało. Kiedy jednak pojawiły się schody, drastycznie wzrosły koszty i zaistniało realne widmo niedokończenia inwestycji – wcale nie ruszono do boju w jednym, solidarnym froncie. Ostatecznie interwencja jednego z posłów uratowała projekt, ale pozostał ogromny żal. Szkoda, że zabrakło wtedy zjednoczenia sił dla dobra Jastrzębia-Zdroju. Zamiast wspólnego frontu, obserwowaliśmy polityczne osamotnienie.
Od kultury do JSW, czyli gospodarka jako polityczny łup
Ten niszczący mechanizm zawłaszczania sfer, które powinny służyć nam wszystkim, wykracza niestety daleko poza kulturę. Dokładnie to samo obserwujemy w gospodarce. Sztandarowym przykładem jest tu Jastrzębska Spółka Węglowa (JSW). Nasz lokalny gigant i strategiczna dla regionu firma znów wpadła w wir politycznych rozliczeń.
Wraz z objęciem sterów przez nowych decydentów ruszyła bezlitosna karuzela stanowisk. Decyzje ekonomiczne, które powinny opierać się na chłodnej kalkulacji rynkowej, długofalowych ekspertyzach i dbałości o stabilność, stały się elementem partyjnej układanki nowej władzy. Zarządy obsadza się z klucza politycznego, a nie wyłącznie merytorycznego. To właśnie takie brutalne mieszanie wielkiej polityki z gospodarką prowadzi do destabilizacji spółki, która powinna być rynkowym okrętem flagowym, a nie partyjnym folwarkiem.
Erozja zaczyna się od drobiazgów
Istnieją w państwie i samorządzie dziedziny, które ze swojej natury muszą być wyjęte z bieżącej, partyjnej młócki. To właśnie kultura, sport i strategiczna gospodarka. To fundamenty, na których budujemy naszą siłę. Jeśli gospodarka staje się łupem politycznym, czeka nas zapaść. Jeśli sport zacznie być dzielony na "naszych" i "waszych", stracimy to, co najbardziej jednoczy ludzi. Jeśli zaś pozwolimy, by kultura i jej najwybitniejsi twórcy stali się zaledwie statystami w teatrze jednej opcji politycznej, stracimy duszę miasta.
Odznaka „Zasłużony dla Kultury Polskiej” na piersiach Urszuli Marcinowskiej, Michała Oślizło, Mariana Górnego i Józefa Ciałonia to powód do wielkiej dumy. Ci ludzie zasłużyli na rzęsiste oklaski całego Jastrzębia-Zdroju w blasku fleszy aparatów wszystkich redakcji. Organizowanie im święta w medialnej pół-konspiracji nie jest triumfem kultury – jest kolejnym, smutnym dowodem na erozję polskiego życia publicznego.
Alojzy Godos/jas24info
foto; nie posiadamy wlasnych fotografi nagrodzonych obraz symboliczny wygenerowała AI
Upadek dobra wspólnego zaczyna się dokładnie w takich momentach: gdy zaszczyty stają się prywatnym narzędziem, a to, co powinno nas łączyć, zostaje bezpardonowo zawłaszczone.
Jastrzębie-Zdrój, kultura, Zasłużony dla Kultury Polskiej, JSW, polityka, Urszula Marcinowska, Michał Oślizło, Marian Górny, Józef Ciałoń, medale, felieton.


