Gdyby biblijny Abraham stanął dziś przed Bogiem, by targować się o ocalenie Ukrainy, tak jak robił to w przypadku Sodomy i Gomory, usłyszałby z pewnością inną odpowiedź. Bóg nie zniszczyłby tego narodu. Nie musiałby szukać dziesięciu sprawiedliwych – znalazłby ich tam tysiące. To ci Ukraińcy, którzy w mrokach 1943 roku, ryzykując życiem własnym i swoich rodzin, pukali nocą do drzwi polskich sąsiadów, szepcząc: „Uciekajcie, idą po was”. To oni dzielili się chlebem, ukrywali Polaków w stodołach i wyprowadzali ich bezpiecznymi ścieżkami z płonących wsi. Byli najjaśniejszym punktem w jednym z najczarniejszych rozdziałów naszej historii.
Pamięć, Krew i Cień Trzeciego Gracza. Kto wciąż gra kartą wołyńską?
Złożoność tego dramatu narodowego polega na tym, że rozegrał się on na terytorium, które w czasie II wojny światowej stanowiło arenę bezwzględnej gry operacyjnej potężnych sił: nazistowskich Niemiec, Związku Sowieckiego, Polskiego Państwa Podziemnego oraz zbrojnych struktur ukraińskich nacjonalistów, w tym zwalczającej się nawzajem partyzantki. Zbrodnia Wołyńska, pochłaniająca przeszło sto tysięcy ofiar wśród ludności polskiej, była czystką etniczną o znamionach ludobójstwa (genocidium atrox).
Aby jednak wyciągnąć wnioski z tej narodowej traumy i nie dać się wciągnąć w dzisiejsze polityczne manipulacje, musimy zrozumieć mechanizmy, które doprowadziły do eskalacji, i zadać sobie pytanie: komu wczoraj i dziś zależało na tym, by Polacy i Ukraińcy topili się we wzajemnej nienawiści?
Geneza i architekci ludobójstwa
Przed II wojną światową na Wołyniu Polacy stanowili zaledwie 16 procent mieszkańców, podczas gdy ludność ukraińska przekraczała 70 procent. Napięcia potęgowane przez politykę asymilacyjną II RP stworzyły podatny grunt dla radykalnych haseł nacjonalistycznych, których głównym nośnikiem stała się Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Doktryna integralnego nacjonalizmu, ukształtowana przez Dmytra Doncowa, wykluczała normy etyczne i zakładała całkowitą, fizyczną eliminację „obcych” (głównie Polaków i Żydów). OUN stosowała terror na długo przed wojną – od zamachu na ministra Bronisława Pierackiego po morderstwa ukraińskich lojalistów państwa polskiego, takich jak dyrektor Iwan Babij.
Podział OUN i wyodrębnienie się bezwzględnej frakcji banderowców (OUN-B) doprowadziły do tragedii. Wiosną 1943 roku Dmytro Kłaczkiwski ps. „Kłym Sawur”, dowódca UPA-Północ, wydał dyrektywę o „wielkiej akcji likwidacji polskiego elementu”. Decyzję tę usankcjonował później Roman Szuchewycz, nakazując eksterminację także w Galicji Wschodniej. UPA, niekiedy wspierana przez lokalne chłopstwo (często zmuszane do zbrodni pod groźbą śmierci ze strony podziemnej Służby Bezpeky OUN), metodycznie paliła kościoły i wymyślnymi narzędziami gospodarskimi mordowała mężczyzn, kobiety i dzieci.
Dekonstrukcja mitu. Kwestia Stepana Bandery
W ostatnich latach w debacie publicznej pojawiały się próby reinterpretacji historii – i z ubolewaniem trzeba stwierdzić, że dzieje się to po obydwu stronach granicy. Niektórzy publicyści i politycy próbowali „odciążyć” relacje z Kijowem poprzez zdjęcie winy ze Stepana Bandery. Argumentowano to uwięzieniem Bandery w niemieckim obozie w latach 1941–1944 oraz próbą redukcji ludobójstwa do tragicznego „incydentu”.
Historycy rozprawiają się z tą tezą bezlitośnie. Bandera nie był zwykłym więźniem w pasiakach – przebywał w specjalnym sektorze izolacyjnym (Zellenbau) w obozie Sachsenhausen, zachowując kontakt organizacyjny z podziemiem. Jako Prowidnyk OUN-B stworzył zbrodnicze ramy ideologiczne, które umożliwiły działania Kłaczkiwskiemu i Szuchewyczowi. Nawet po wojnie, żyjąc na emigracji, nigdy nie potępił aktów genocydu i nie odciął się od zbrodni popełnionych w jego imieniu przez ukraińskich fanatyków.
Cień Trzeciego Gracza: sowiecka gra na wyniszczenie
Nie można jednak tracić z oczu potężnego, trzeciego gracza, który na Kresach z cyniczną precyzją nakręcał spiralę nienawiści – Związku Sowieckiego.
Na przełomie 1942 i 1943 roku sowieckie dowództwo przerzuciło na Wołyń wielkie zgrupowania partyzanckie (Kowpaka, Saburowa, Brińskiego). Ich ataki na administrację niemiecką sprowokowały represje, które z kolei pchnęły tysiące ukraińskich policjantów do dezercji do lasu. Ci wyszkoleni przez Niemców i oswojeni ze zbrodnią podczas Holokaustu dezerterzy stali się trzonem kadrowym nowo formowanej UPA.
Sowieci nie poprzestali na tym. Z odtajnionych raportów wynika, że specjalne grupy agenturalno-bojowe (specgrupy) NKWD i NKGB operowały pod tak zwaną fałszywą flagą. Enkawudziści przebrani w mundury UPA wkradali się do ukraińskich i polskich wsi, dokonując makabrycznych zbrodni – tortur, gwałtów, wbijania na pal – aby wzbudzić terror, oskarżyć nacjonalistów i sprowokować ślepy odwet. Moskwa zdawała sobie sprawę, że pogrążone w chaosie społeczności będą niezdolne do stawienia oporu stalinowskiej armii.
Stosunek Sowietów do polskiego podziemia był do szpiku kości makiaweliczny. Z jednej strony sowiecka partyzantka taktycznie ratowała ogromne obozy polskiej samoobrony (jak Przebraże, z pomocą płk. Nikołaja Prokopiuka), chroniąc tysiące Polaków przed UPA. Z drugiej strony, gdy polskie oddziały zaczynały rosnąć w siłę, Sowieci z zimną krwią likwidowali polskich oficerów. Zwabiono na "rozmowy" i podstępnie zamordowano lub wywieziono w głąb Rosji takich dowódców jak kpt. Władysław Kochański „Bomba”, por. Jan Rerutko „Drzazga” czy por. Leon Osiecki.
Mądrość ocalonych ze Śląska i przestroga przed współczesną dezinformacją
Polska przez czas swojego istnienia nigdy nie zginęła przez pojedynczego wroga. Zawsze upadaliśmy wtedy, gdy atakowano nas z wielu stron i gdy wrogowie potrafili nas wewnętrznie skłócić.
Ta wielka historia ma swoje odbicie w ludzkich losach. Na Śląsku, w okolicach Pawłowic, Warszowic czy Pielgrzymowic, osiedliło się po wojnie wielu repatriantów z Kresów. Znałem ich osobiście. Wychowany w zupełnie innym duchu, dziwiłem się, że wśród tych ludzi – ocalonych z rzezi – byli tacy, którzy w życiu nie powiedzieli złego słowa o Ukraińcach. Podziwiałem ich dobroć i zdolność do przebaczenia. Dziś wiem, że to nie była tylko dobroć. To była mądrość. Ci ludzie doskonale rozumieli, że zbrodni nie popełnia cały naród. Wiedzieli, kim byli mordercy, ale pamiętali też tych Ukraińców, którzy ratowali im życie.
Dzisiaj Federacja Rosyjska kontynuuje grę sowieckich specgrup, używając rzezi wołyńskiej jako głównej karty w wojnie hybrydowej. Rosyjskie FSB "odtajnia" spreparowane dokumenty opisujące fikcyjne rzezie we Włodzimierzu Wołyńskim, by otwierać polskie rany. Rosyjska agentura w przestrzeni internetowej kolportuje sfabrykowane slogany typu "Możemy powtórzyć 1943 rok", aby wzbudzić agresję Polaków względem ukraińskich uchodźców. Cel się nie zmienił: skłócić dwa narody i zablokować porozumienie, z którego mogłaby wyrosnąć zapora przeciwko imperializmowi Kremla.
Dlatego, patrząc na tych wszystkich – działających po obydwu stronach granicy – którzy na antagonizowaniu Polaków i Ukraińców próbują dziś budować popularność i polityczny potencjał, czuję żal. Z ubolewaniem trzeba stwierdzić, że sowiecka strategia wykrwawiania narodu polskiego z autentycznych elit odniosła po latach skutek. Obecna demokracja, w której merytoryka tonie w medialnej zadymie, a prawda ustępuje propagandowym krzykom, stanowi idealne środowisko dla takich graczy. Wszystkich tych, którzy cynicznie podgrzewają ten konflikt, należałoby podsumować dosadnymi słowami marszałka Józefa Piłsudskiego: "Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić".
Apel o żywą pamięć – nasze jastrzębskie wyzwanie
Skoro wracamy dziś do zatargów z przeszłości, wyciągajmy wnioski. Pamięć o ofiarach Wołynia domaga się prawdy, ekshumacji i bezwzględnego potępienia UPA. Ta mądra pamięć to zadanie, które stoi przed nami wszystkimi, również na poziomie lokalnym.
Jastrzębie-Zdrój w zamierzeniach komunistycznych twórców miało być miastem nowej, socjalistycznej ery – pozbawionym Boga, wypranym z tradycji i odciętym od własnej historii. Ten celowy zabieg inżynierii społecznej zostawił po sobie blizny, z którymi zmagamy się do dziś. Przez lata kwestia dbania o naszą historyczną tożsamość była niestety zaniedbywana.
Dlatego kieruję dziś apel do obecnych władz naszego miasta: stwórzmy miejsca pamięci z prawdziwego zdarzenia. Stwórzmy przestrzeń, w której historia stanie się żywa. Mamy w Jastrzębiu ogrom powodów do celebrowania wielkiej, wspólnej tradycji. To dziedzictwo krwi przelanej w Powstaniach Śląskich, to ból i pamięć ofiar Rzezi Wołyńskiej, to tragiczne historie ofiar górniczych katastrof, to wreszcie duma płynąca z Porozumień Jastrzębskich.
Na razie edukacja o tej lokalnej, ale przecież wielkiej i bolesnej spuściźnie wciąż kuleje. Wierzę jednak mocno w otwartość obecnych władz. Wierzę, że nadrobimy zaległości poprzednich dekad i uda nam się zostawić naszym potomnym coś znacznie cenniejszego niż tylko infrastrukturę – żywą pamięć o naszych bohaterach. Tylko naród, który pamięta, ale pamięta mądrze i bez ulegania obcym prowokacjom, jest w stanie budować bezpieczną przyszłość.
pracował Alojzy Godos/jas24info
foto :Wołyń 1943.Pamiętaj! Grafika autorska Zdzisław Otello Horodecki.



