Wystarczy kwadrans z telefonem w ręku, by odnieść wrażenie, że świat wokół nas płonie, a sąsiad zza ściany jest naszym śmiertelnym wrogiem. W sieci wrze, komentarze kipią od furii, a polityczni podpowiadacze dorzucają kolejne drwa do ognia. Tyle że gdy rano wychodzimy po chleb, jedziemy do pracy czy mijamy się na jastrzębskich osiedlach – tej wojny nigdzie nie widać. Kto i po co wkręca nas w tę spiralę złości? I jak nie dać się ograć na własnych emocjach?
Polityczna „metoda na wnuczka”. Jak algorytmy i handlarze gniewem próbują okraść nas z własnego zdania [KOMENTARZ]
Wielu z nas na samo słowo „polityka” odruchowo sięga po pilota albo szybkim ruchem kciuka przewija ekran w telefonie. Trudno się dziwić. Niekończący się serial wzajemnych oskarżeń, konferencji prasowych zwoływanych tylko po to, by dopiec drugiej stronie, i sztucznie rozdmuchanych awantur potrafi zmęczyć nawet najbardziej cierpliwego człowieka.
Problem w tym, że nasze machnięcie ręką i wycofanie się w prywatność to dokładnie to, na co liczą najbardziej cyniczni gracze. W demokracji – ze całym jej hałasem, wadami i niedoskonałością – ostatnie słowo wciąż należy do nas.
Warto o tym pamiętać zwłaszcza dziś, gdy żyjemy z nosami w ekranach: wyborów nie wygrywają najgłośniejsze krzyki w komentarzach, liczniki polubień ani trzydziestosekundowe filmiki w sieci. Prawdziwe decyzje zapadają w ciszy, za zasłoną w lokalu wyborczym, gdy zostajemy sami z kartą do głosowania.
Tyle że walka o to, co zrobimy przy urnie, zaczyna się na długo przed dniem wyborów. I coraz rzadziej przypomina normalną rozmowę o przyszłości miasta czy kraju, a coraz częściej – sprytnie zastawioną pułapkę na nasze emocje.
Polityka „na wnuczka”, czyli wyłudzanie gniewu w białych rękawiczkach
Każdy z nas zna mechanizm oszustwa „na wnuczka”. Przestępca dzwoni w środku dnia i uderza w najczulszy punkt. Wywołuje szok, panikę i poczucie, że bliskiej osobie grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Najważniejszy w tym wszystkim jest pośpiech i emocjonalny amok – ofiara nie może zdążyć odłożyć słuchawki, złapać oddechu ani zadzwonić do rodziny, by sprawdzić, czy to prawda. Ma działać natychmiast, pod dyktando strachu.
W dzisiejszym życiu publicznym ten sam numer powtarza się na masową skalę, zupełnie legalnie i w blasku fleszy. Zamiast oszczędności z konta wyłudza się jednak coś równie cennego: nasz spokój, nasz czas, naszą uwagę i wreszcie – nasz głos.
Spójrzmy bez złudzeń na środowiska, które z podsycania strachu zrobiły swój główny sposób na życie. Rozwiązywanie prawdziwych problemów – spinanie miejskiego budżetu, skracanie kolejek do przychodni, szukanie nowych miejsc pracy dla górniczego regionu czy żmudne przyciąganie inwestorów – jest trudne, mało efektowne i wymaga czasu. Trzeba zawierać kompromisy, brać na siebie odpowiedzialność i uczciwie mówić ludziom, że nie na wszystko istnieje cudowna recepta.
O ileż prościej jest stanąć z boku w roli wiecznego sędziego! Wskazać palcem winnego, wrzucić do sieci odpowiednio pocięty filmik, podkręcić atmosferę do czerwoności i patrzeć, jak rosną zasięgi. Dla politycznych handlarzy gniewem realne załatwienie sprawy byłoby wręcz problemem – bo kiedy znika strach i oburzenie, znika też paliwo, które daje im wygodne fotele, diety i popularność bez cienia odpowiedzialności za jutro.
Krzywe zwierciadło w kieszeni. Dlaczego internet tak bardzo lubi naszą złość?
Dlaczego dajemy się w to wciągać, choć na co dzień jesteśmy przecież rozsądnymi, twardo stąpającymi po ziemi ludźmi? Bo między nami a rzeczywistością stanął pośrednik, który żyje z naszego rozdrażnienia: algorytmy sterujące portalami społecznościowymi.
Często traktujemy internet jak dawną gazetę albo osiedlową tablicę ogłoszeń. W rzeczywistości to potężna machina zaprojektowana w jednym celu – ma zatrzymać nasz wzrok na ekranie o kolejne dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści minut, żeby wyświetlić nam więcej reklam. A ludzki umysł jest skonstruowany tak, że najszybciej reaguje na sygnały zagrożenia. Spokojna rozmowa o remontach dróg czy oświacie nie podnosi nikomu ciśnienia. Za to krzykliwe hasło, że „oni chcą nam wszystko zabrać”, uruchamia w głowie alarm w ułamku sekundy.
Kiedy badacze prześwietlili niemal pięć milionów wpisów w mediach społecznościowych, odkryli prostą, ale niezwykle groźną prawidłowość. Okazało się, że wystarczy dodać do internetowego wpisu zaledwie jedno mocne słowo wyrażające gniew, pogardę lub moralne oburzenie, by szansa na jego dalsze podanie wzrosła średnio aż o 17 procent. Dwa takie słowa to jeszcze większy zasięg. Trzy – to już niemal gwarancja internetowej burzy.
Algorytm nie ma sumienia ani poglądów. Widzi tylko czysty rachunek: jeśli pod wpisem wybucha kłótnia na kilkaset komentarzy, system uznaje to za hit i podsuwa go pod nos kolejnym tysiącom ludzi. W ten sposób w naszych telefonach zaczyna działać efekt krzywego zwierciadła. System nie pokaże nam spokojnego sąsiada, który głosuje inaczej niż my, ale chce dokładnie tak samo bezpiecznej przyszłości dla swoich dzieci. Zamiast tego wyciągnie z tłumu najbardziej agresywnego, skrajnego krzykacza z drugiej strony barykady i wyświetli nam go na pełnym ekranie z cichą sugestią: „Popatrz, tacy właśnie są oni wszyscy”.
Zamiast miejsca do rozmowy dostajemy cyfrowy ring bokserski. Najmocniej uderza to w najmłodszych, którzy z telefonem w dłoni spędzają dziś po cztery, pięć godzin dziennie – dorastając w przekonaniu, że jedyną odpowiedzią na inne zdanie jest atak.
Lekcja z naszego podwórka: jastrzębska hala, kibice i anatomia ślepego hejtu
Żeby zobaczyć, jak nakręcane w sieci emocje potrafią przelać się do prawdziwego życia, nie musimy szukać przykładów w stolicy ani za granicą. Wystarczy przypomnieć sobie to, co działo się wokół siatkówki w naszym mieście.
W miejscach takich jak nasze – gdzie rozmowy o przyszłości kopalń, transformacji energetycznej i pewnych miejscach pracy dotykają niemal każdej rodziny – niepokój o jutro jest czymś całkowicie ludzkim. Zamiast jednak odpowiadać na te troski rzetelnym planem gospodarczym, część politycznych graczy od lat podsuwa w sieci prostszą odpowiedź: znajdźmy kozła ofiarnego. Wmówmy ludziom, że za wszystkie ich obawy i trudności odpowiadają obcy oraz przyjezdni.
Kiedy po sezonie 2025/2026 nasza sportowa duma – wielokrotny mistrz Polski, JSW Jastrzębski Węgiel – przez narosłe problemy finansowe musiał wycofać się z rozgrywek PlusLigi, dla całego miasta był to bolesny cios. Jastrzębie stanęło przed widmem pustej hali i utraty siatkówki na najwyższym poziomie. Wtedy pojawiło się rozwiązanie ratunkowe: do miasta przeniósł się grający w polskiej lidze ukraiński klub ze Lwowa, przyjmując nazwę Jastrzębie Barkom i oddając zespół pod wodzę polskiego trenera Andrzeja Kowala.
I w tym miejscu trzeba bardzo uczciwie oddzielić dwie rzeczy: prawdziwe, ludzkie emocje lokalnych kibiców od anonimowego jadu w internecie.
Zorganizowani kibice ze stowarzyszenia Klub Kibica Siatkówki Jastrzębie zachowali się w tej trudnej chwili z klasą i otwartą przyłbicą. Od początku mówili wprost: nasze serca, wspomnienia i historia są związane z barwami Jastrzębskiego Węgla, dlatego nie będziemy prowadzić zorganizowanego dopingu dla nowej drużyny – bo miłości do klubu nie da się zmienić z dnia na dzień. Jednocześnie jednak w swoim lipcowym oświadczeniu postawili sprawę jasno: nie ogłaszają żadnego bojkotu, nie są nowej drużynie przeciwni, rozumieją starania miasta o zachowanie siatkówki dla mieszkańców i życzą zawodnikom powodzenia na boisku. To był głos ludzi z zasadami, którzy potrafią odróżnić wierność swoim barwom od wrogości wobec drugiego człowieka.
Zupełnie inaczej zadziałała jednak internetowa machina gniewu. Pod wpisami w mediach społecznościowych – szczególnie na początku października, po jednym z wywiadów siatkarza Wasyla Tupczija – wylała się fala nienawiści, która ze sportem nie miała nic wspólnego. Na zawodników, którzy przyjechali tu po prostu grać w siatkówkę, posypały się wulgarne wyzwiska i okrzyki wzywające do „powrotu do domu”. Skala agresji była tak duża, że klub musiał opublikować poruszające nagranie, prosząc o szacunek i przypominając, że nie chce nikomu zabierać historii, lecz utrzymać w hali wielki sport.
Warto się nad tym zatrzymać. Żal po stracie ukochanego klubu, niepewność gospodarcza i podsycane przez lata uprzedzenia zostały w internecie wymieszane w jedną wybuchową mieszankę – a na końcu tej lufy znaleźli się sportowcy na parkiecie. Dokładnie tak działa polityczna „metoda na wnuczka”: kiedy emocje biorą górę, ślepy gniew uderza nie w tych, którzy odpowiadają za prawdziwe problemy, ale w tego, kogo akurat podsunie nam ekran telefonu.
Wojna, której nie ma w kolejce po chleb. Co naprawdę o sobie myślimy?
Najciekawsza wiadomość płynąca z zakrojonych na szeroką skalę badań polskiego społeczeństwa z ostatnich miesięcy jest jednak niezwykle budująca: obraz Polaków skaczących sobie do gardeł to w ogromnej mierze medialne złudzenie.
Kiedy socjologowie i psycholodzy odłożyli na bok internetowe komentarze i dokładnie przebadali nasze codzienne postawy (publikując niedawno głośny raport „Stan Polaryzacji 2026”), wyłonił się z tego zupełnie inny kraj niż ten, który widzimy w telewizji czy na Facebooku:
-
Złudzenie wielkiej wojny: Aż 69 procent z nas uległo wrażeniu, że żyjemy w skrajnie podzielonym, wrogim sobie społeczeństwie. Wpatrzeni w ekrany, uwierzyliśmy, że nie potrafimy już ze sobą rozmawiać.
-
Wspólne troski w zwykłym życiu: Kiedy jednak zapytano Polaków o konkretne, życiowe sprawy, podziały niemal wyparowały. Niezależnie od tego, czy ktoś głosuje na prawicę, centrum czy lewicę, wszyscy wymieniamy dokładnie te same trzy sprawy jako najważniejsze do załatwienia: krótsze kolejki do lekarzy i sprawnie działające szpitale, koszty życia i uczciwe zarobki oraz nasze bezpieczeństwo w obliczu zagrożenia ze strony Rosji. W sprawach najważniejszych dla naszych domów myślimy niemal identycznie.
-
Sympatia zamiast wrogości: Badacze poprosili też Polaków o określenie na specjalnym „termometrze uczuć” (od minus pięćdziesięciu do plus pięćdziesięciu stopni), co naprawdę czują na co dzień do ludzi o innych poglądach. Efekt? Ponad 56 procent z nas czuje do nich zwykłą, ludzką sympatię, a kolejne 10 procent – spokój i neutralność. Średnia temperatura naszych uczuć jest wyraźnie na plusie. Zaciekłą wrogość deklaruje zaledwie co dziesiąty badany.
Skąd więc bierze się ten ogłuszający krzyk w internecie? Z badań wynika jasno, że internetowy hejt to domena wąskiej, ale bardzo głośnej grupy. Co więcej, najczęściej stoją za nim osoby głęboko nieszczęśliwe – nieudolni i niezaradni, cierpiące na dotkliwą samotność, brak bliskich więzi i poczucie życiowej bezsilności, które swój osobisty ból wyładowują na klawiaturze.
Niestety, ten hałas mniejszości paraliżuje normalną większość. Ponad połowa z nas przyznaje dziś, że polityczne kłótnie wywołują u nich stres, przez co wolimy unikać rozmów o sprawach publicznych w pracy czy przy niedzielnym obiedzie, żeby nie psuć atmosfery. Wycofujemy się w milczenie, oddając wspólne podwórko tym, którzy krzyczą najgłośniej.
Odzyskajmy własny głos. Trzy pytania, zanim klikniesz „udostępnij”
Fanatyków po żadnej ze stron barykady nie przekonamy – i nie ma sensu tracić na nich energii. Oni potrzebują ciągłej wojny jak powietrza. Ten tekst jest dla całej reszty z nas: dla ludzi, którzy rano idą do pracy, odprowadzają dzieci do szkoły, martwią się o rachunki, kibicują swoim drużynom i chcą po prostu żyć w normalnym, dobrze zarządzanym mieście i państwie.
Nasza wolność wyboru nie zaczyna się raz na kilka lat przy urnie. Zaczyna się każdego dnia, kiedy odblokowujemy ekran telefonu. Gdy następnym razem zobaczysz w sieci krótki filmik lub krzykliwy obrazek, po którym poczujesz nagły przypływ złości na drugiego człowieka, zrób jedną rzecz, której panicznie boją się zarówno algorytmy, jak i polityczni naciągacze – weź głęboki oddech i zadaj sobie trzy proste pytania:
-
Kto na moich nerwach korzysta? Czy ten materiał podsuwa jakiekolwiek rozwiązanie problemu, czy ma mnie tylko przestraszyć i napuścić na wskazanego palcem wroga?
-
Czy powiedziałbym to sąsiadowi prosto w oczy? Gdyby po drugiej stronie siedział człowiek, którego mijasz na klatce schodowej albo w osiedlowym sklepie – czy użyłbyś tych samych słów, które właśnie cisną się pod palce w komentarzu?
-
Co jest prawdą, a co przynętą na kliknięcia? Przypomnij sobie historię wokół naszej hali – jak łatwo autentyczny smutek kibiców po stracie ukochanego klubu próbowano w komentarzach przekuć w ślepą nienawiść wobec sportowców.
Nie dajmy się okraść z własnego rozumu i zwykłej, sąsiedzkiej życzliwości. Algorytmy żyją z naszego krzyku, ale są zupełnie bezradne, kiedy zaczynamy ze sobą normalnie rozmawiać. Zamiast dorzucać kolejny gniewny komentarz do internetowego pieca – pogadajmy ze sobą na żywo. W domu, w pracy, na spacerze. Bo prawdziwe życie i prawdziwa wspólnota są tutaj, po naszej stronie ekranu.
Alojzy Godos | Redakcja jas24info.pl
foto Wystarczy jedno gniewne słowo, by algorytm podbił zasięg wpisu o 17 procent. Dlaczego dajemy sobie wmówić podziały, których na co dzień między nami nie ma? (Fot. AI Ilustracja / jas24info.pl)