DECEMBER 9, 2022
AKTUALNOŚCI

Złodziej popołudniowego słońca zmiana czasu 2026 skutki

post-img

Niedzielny poranek smakował wybornie. Kawa pita bez pośpiechu i to przyjemne uczucie, że kiedy na zegarze wybiła ósma, nasz organizm miał już za sobą dodatkowe sześćdziesiąt minut snu. Problem w tym, że w przyrodzie nic nie ginie, a w ekonomii nie ma darmowych obiadów. Za tę jedną „podarowaną” w nocy z 24 na 25 października godzinę zapłacimy słony rachunek – i to znacznie szybciej, niż nam się wydaje. Pierwszą ratę spłacimy już w poniedziałek, kiedy tuż po szesnastej za oknami zapadnie gęsty, listopadowy wręcz mrok. Choć cały ten zegarkowy teatrzyk dawno stracił jakikolwiek sens gospodarczy, urzędnicy w Brukseli właśnie dopisali mu kolejne odcinki aż do 2031 roku.

Złodziej popołudniowego słońca. Jak jesienna zmiana czasu zatrzymuje pociągi w szczerym polu, wydłuża nocną szychtę i kradnie nam popołudnia

Wyobraźmy sobie środek październikowej nocy na stacji Łódź Chojny. Jest chłodno, perony świecą pustkami, a w oknach nocnego pociągu Podhalanin jadącego z Zakopanego do Świnoujścia drzemią zmęczeni pasażerowie. Skład wtacza się na stację dokładnie o 2:04. Według papierowego rozkładu jazdy powinien ruszyć w dalszą drogę minutę później, o 2:05. I rzeczywiście – rusza o 2:05. Tyle że pomiędzy przyjazdem a odjazdem mija w wagonach bita godzina i jedna minuta.

Jeszcze większą cierpliwością musieli wykazać się tej nocy podróżni jadący międzynarodowym pociągiem Ursa z Przemyśla do Berlina. Na dworcu Poznań Główny ich skład stanął na niemal dwie godziny – dokładnie na 117 minut.

Pociągi czekające na czas i najdłuższa szychta w roku

Dlaczego kolej w XXI wieku urządza pasażerom przymusowe biwaki na torach? Odpowiedź jest prosta i do bólu logiczna: pociągowi nie wolno wyprzedzić czasu. Gdyby po cofnięciu wskazówek z trzeciej na drugą maszyniści pojechali przed siebie, na każdej kolejnej stacji meldowaliby się o godzinę za wcześnie. Odjeżdżaliby sprzed nosa pasażerom, którzy przyszli na dworzec zgodnie z rozkładem. W minioną noc w całej Polsce na bocznicach i przy peronach musiało więc przymusowo odstać swoje aż 29 pociągów pasażerskich – od siedemnastu dalekobieżnych składów PKP Intercity po pociągi regionalne. Stały i czekały, aż dogoni je zegar.

W tę samą noc mały strajk ogłosiły nasze telefony. Kto po drugiej w nocy próbował zapłacić w sieci BLIK-iem, zrobić szybki przelew albo zalogować się do aplikacji mBanku, ING czy Aliora, odbijał się od komunikatu o przerwie technicznej. Bankowe komputery nie przepadają bowiem za magią, w której ta sama godzina wydarzają się dwa razy. Aby nikt nie pogubił się w tym, czy przelew wyszedł o drugiej w nocy czasu letniego, czy o drugiej czasu zimowego, informatycy wolą na kilka godzin przekręcić klucz w cyfrowych drzwiach.

Ale prawdziwy ciężar tej nocy poczuli zupełnie inni ludzie. Ci, którzy w sobotę o dwudziestej drugiej odbili kartę na kopalnianej cechowni, weszli na dyżur w szpitalu, stanęli przy piecu piekarniczym albo przy taśmie w fabryce.

Nie ma chyba bardziej przygnębiającego widoku niż ścienny zegar w zakładzie pracy, którego wskazówka po pięciu godzinach ciężkiej szychty dochodzi wreszcie do trzeciej nad ranem… po czym na oczach zmęczonych ludzi cofa się z powrotem na drugą. Zamiast ośmiu godzin na nogach – robi się dziewięć.

Prawo pracy jest tu akurat po stronie pracownika: ta dziewiąta godzina to klasyczna nadgodzina w porze nocnej. Przy dzisiejszej najniższej krajowej (4806 zł brutto) pracodawca powinien dopisać za nią do paska wypłaty równe 60 złotych z groszami, a u dobrego fachowca, sztygara, inżyniera utrzymania ruchu czy maszynisty – lekko licząc 140 do 160 złotych. Oczywiście działy kadr doskonale wiedzą, jak uratować firmową kasę: zamiast płacić stówę ekstra, wpisują pracownikowi w grafik odbiór wolnej godziny w innym dniu, wypłacając w gotówce jedynie skromne parę złotych dodatku nocnego. Tyle że w ruchu ciągłym te tysiące „oddanych” godzin ktoś inny musi potem odpracować.

Od paryskiego żartu ze świeczkami po dziadka wokalisty Coldplay

Kto właściwie wpadł na pomysł, żeby dwa razy w roku przewracać ludzkie życie do góry nogami?

Przez tysiące lat nikt sobie tym głowy nie zawracał. Starożytni Rzymianie mieli na to sprytny sposób: ich zegary wodne dzieliły dzień od świtu do zmierzchu na dwanaście równych kawałków. Zimą rzymska godzina trwała więc trzy kwadranse, a latem rozciągała się do siedemdziesięciu pięciu minut. Życie płynęło w rytmie słońca, dopóki nie pojawiły się maszyny parowe, fabryczne syreny i rozkłady jazdy kolei, które zamknęły człowieka w sztywnej klatce sześćdziesięciu minut.

Sam pomysł przesuwania czasu zaczął się od złośliwego żartu. W 1784 roku Benjamin Franklin – ten sam, którego twarz znamy ze studolarowego banknotu i któremu zawdzięczamy powiedzenie „czas to pieniądz” – bawił jako dyplomata w Paryżu. Któregoś ranka obudził się wyjątkowo wcześnie i ze zdumieniem odkrył, że słońce wschodzi już o szóstej, podczas gdy rozhulani paryżanie śpią do południa, a potem pół nocy palą drogie świece. Napisał więc do gazety satyryczny list, w którym wyliczył, ile ton wosku i łoju zaoszczędziłaby Francja, gdyby obłożyć podatkiem okiennice, a o świcie budzić mieszczan wystrzałami z armat na ulicach.

Franklin żartował, ale sto lat później pojawili się tacy, którzy potraktowali sprawę śmiertelnie poważnie. Pierwszym był nowozelandzki badacz owadów George Hudson, który w 1895 roku wymyślił przesunięcie zegara o dwie godziny, bo po pracy na poczcie brakowało mu słońca, żeby biegać z siatką na motyle. Drugim – zamożny angielski przedsiębiorca budowlany William Willett (jako ciekawostkę dodajmy: prapradziadek Chrisa Martina, wokalisty zespołu Coldplay).

Willett uwielbiał poranne przejażdżki konne pod Londynem i strasznie irytowało go, że w słoneczne letnie poranki wszystkie domy mają pozaciągane zasłony. W 1907 roku wydał za własne pieniądze broszurkę o „marnotrawstwie światła dziennego”, przekonując parlament, że przesunięcie zegarów zaoszczędzi Imperium Brytyjskiemu miliony funtów na węglu i gazie do lamp. Posłowie popukali się w czoło, a biedny Willett zmarł na grypę w 1915 roku, nie doczekawszy swojego dzieła.

Dopiero rok później jego pomysł wyciągnęli z szuflady generałowie. Trwała I wojna światowa, w okopach i fabrykach zbrojeniowych dramatycznie brakowało każdej tony węgla. W nocy z 30 kwietnia na 1 maja 1916 roku jako pierwsi zegarki przestawili Niemcy i Austro-Węgry. Trzy tygodnie później skopiowali to Brytyjczycy, potem Francuzi i Amerykanie.

Jak nasi pradziadkowie przetestowali „wieczne lato” i szybko z niego uciekli

Przez zaborców wojenny wynalazek od razu trafił też na ziemie polskie. Ale w naszej historii kryje się epizod, o którym dziś rzadko się wspomina, a który powinien dać do myślenia każdemu, kto marzy o zostaniu przy czasie letnim na stałe.

Mało kto wie, że tuż po odzyskaniu niepodległości Polska zrobiła dokładnie to, czego dziś domaga się w sondażach większość z nas! Jesienią 1919 roku rząd w Warszawie uznał, że nie będzie cofał wskazówek na zimę, i zostawił w całym kraju czas letni na okrągły rok.

Eksperyment trwał niespełna trzy lata. Po trzech zimach, podczas których Polacy musieli wstawać, obrządzać gospodarkę i iść do pracy w egipskich ciemnościach, entuzjazm wyparował. W maju 1922 roku Sejm uchwalił ustawę, która kazała cofnąć zegary i na stałe przywróciła w Polsce naturalny dla naszego położenia czas środkowoeuropejski – czyli dzisiejszy zimowy. I tak w spokoju żyliśmy aż do niemieckiej okupacji. Potem w PRL-u władza to wprowadzała zmiany czasu, to z nich rezygnowała, aż podczas kryzysu w 1977 roku ekipa Edwarda Gierka przykręciła ten mechanizm na stałe.

Zysk na poziomie wacików i skradzione popołudnie

Przez dziesięciolecia tłumaczono nam, że robimy to wszystko dla elektrowni. Że kiedy wracamy do domu i pstrykamy włącznikiem światła, ratujemy kraj przed energetycznym zawałem. Tyle że świat z 1916 czy 1977 roku dawno przestał istnieć.

Kiedy współcześni badacze wzięli pod lupę ponad sto sześćdziesiąt wyliczeń z kilkudziesięciu krajów świata, wyszło szydło z worka. W epoce energooszczędnych żarówek LED, całodobowych serwerowni, klimatyzatorów, pomp ciepła i zautomatyzowanych fabryk oszczędność prądu ze zmiany czasu wynosi zawrotne… 0,34 procenta. To granica błędu statystycznego. Co gorsza, to, co latem czy wiosną zaoszczędzimy wieczorem na żarówce w pokoju, bardzo często przepalamy rano, podkręcając ogrzewanie w wyziębionym po nocy domu, albo po południu, chłodząc nagrzane słońcem biura.

Zysk energetyczny jest więc iluzją. A straty? Te widać gołym okiem na ulicach i w gabinetach lekarskich.

Największym grzechem jesiennej zmiany czasu jest to, że działa ona jak kieszonkowiec, który kradnie nam najcenniejszą godzinę dnia. Zabiera nam słońce między szesnastą a siedemnastą – dokładnie wtedy, kiedy zamykamy za sobą drzwi firmy, odbieramy dzieci ze szkoły, chcemy wyjść z psem do parku, pobiegać albo po prostu złapać oddech za dnia. W zamian „oddaje” nam tę godzinę między siódmą a ósmą rano. Tyle że o siódmej rano mało kto spaceruje po lesie – większość z nas skrobie wtedy szyby w aucie, stoi w korku albo jedzie autobusem na pierwszą zmianę.

Ludzka psychika reaguje na tę zamianę natychmiast. Duńscy lekarze, którzy przejrzeli niemal dwieście tysięcy kart szpitalnych z kilkunastu lat, zauważyli uderzającą prawidłowość: tuż po jesiennym cofnięciu zegarków liczba diagnoz depresji skacze o jedenaście procent, a ta jesienna fala przygnębienia ciągnie się przez kolejne dziesięć tygodni. Gdy światło gaśnie o szesnastej trzydzieści, mózg dostaje sygnał, że dzień się skończył. Zamykamy się w czterech ścianach, odwołujemy spotkania ze znajomymi, sięgamy po pilota i podjadamy ze stresu.

Na ten wczesny zmrok czekają za to drobni rabusie i uliczni chuligani. Policyjne statystyki z miast wyraźnie pokazują, że jasne popołudnie działa lepiej niż dodatkowe patrole – dodatkowa godzina dziennego światła w godzinach powrotów z pracy potrafi ograniczyć liczbę ulicznych napaści i rozbojów aż o jedną czwartą. Złodzieje rzadko bowiem wstają do pracy o siódmej rano; ich żywiołem jest szarówka o piątej po południu.

Bomba w złej strefie i brukselski węzeł aż do 2031 roku

Zresztą mieszanie w zegarkach potrafi doprowadzić do historii, których nie wymyśliłby nawet scenarzysta z Hollywood. We wrześniu 1999 roku w dwóch izraelskich miastach – Tyberiadzie i Hajfie – niemal w tej samej chwili wyleciały w powietrze dwa samochody wyładowane materiałami wybuchowymi. Zginęło trzech jadących nimi terrorystów, ale ani jeden przypadkowy przechodzień.

Jak to możliwe? Dwa dni wcześniej Izrael przeszedł już na czas zimowy, podczas gdy sąsiednia Autonomia Palestyńska wciąż używała czasu letniego. Konstruktorzy bomb na Zachodnim Brzegu ustawili zapalniki zegarowe na 18:30 swojego, letniego czasu. Kierowcy, którzy wieźli ładunki pod izraelskie autobusy, byli jednak święcie przekonani, że zegarki tykają według izraelskiego czasu zimowego. Kiedy na ich naręcznych zegarkach wybiła spokojna 17:30, na zegarach bomb była już 18:30. Oba auta eksplodowały w trasie, na godzinę przed dotarciem do celu.

Dziś większość świata patrzy na nasze wiosenne i jesienne kręcenie wskazówkami z politowaniem. Zrezygnowały z tego Chiny, Japonia, Indie, Brazylia, Turcja czy Islandia. Nawet w samej Unii Europejskiej już w 2018 roku cztery i pół miliona ludzi wypełniło ankiety, w których ponad osiemdziesiąt procent krzyknęło zgodnie: „dość tego!”. Parlament Europejski klepnął nawet likwidację zmiany czasu od 2021 roku.

Dlaczego więc w październiku 2026 roku nadal przestawiamy budziki, a wydany niedawno w Brukseli dokument rozpisuje nam ten sam harmonogram aż do 2031 roku?

Bo europejscy politycy wpadli w pułapkę bez dobrego wyjścia. Z jednej strony mają wyborców – w tym niemal osiemdziesiąt procent Polaków – którzy mówią jasno: jeśli mamy znieść zmianę czasu, to chcemy całorocznego czasu letniego, żeby mieć jasne popołudnia. Z drugiej strony stoją jednak lekarze i biolodzy, którzy łapią się za głowy i pokazują globus: naturalnym, słonecznym czasem dla Polski jest czas zimowy!

Gdybyśmy posłuchali głosu serca i zostali na stałe w czasie letnim, w grudniu i styczniu słońce w naszym regionie wschodziłoby dopiero dobrze po ósmej rano, a w Szczecinie czy Świnoujściu – po dziewiątej! Przez cztery zimowe miesiące dorośli zaczynaliby pracę, a dzieci pisały klasówki na dwóch pierwszych lekcjach w smolistych ciemnościach, bez grama porannego światła, które budzi ludzki organizm do życia. Wypróbowali to już przecież nasi pradziadkowie sto lat temu – i szybko wrócili do czasu zimowego.

Żaden rząd nie chce wziąć na siebie gniewu obywateli za zabranie im godziny letniego słońca, ale żaden nie chce też brać odpowiedzialności za ciemne zimowe poranki w szkołach. Nawet kiedy polska prezydencja w ubiegłym roku próbowała wyłożyć ten temat na unijny stół, skończyło się na dyplomatycznym wzruszeniu ramion. Dopóki stolice się nie dogadają, unijni urzędnicy mają związane ręce i z urzędu dopisują do kalendarza kolejne pięciolatki.

Zostaje nam więc gorąca herbata, zapalone o szesnastej światło w salonie i jedna pocieszająca myśl: do nocy z 27 na 28 marca 2027 roku, kiedy znów oddamy tę pożyczoną godzinę snu w zamian za długie, wiosenne wieczory, zostało już tylko pięć miesięcy.

 

Autor Alojzy Godos

foto zmiana czasu wizja AI

zmiana czasu 2026, czas zimowy, czas letni, PKP Intercity zmiana czasu, praca na nocki, kiedy koniec zmiany czasu, jesienna chandra, historia zmiany czasu, Alojzy Godos, jas24info

 

 

 

O Nas

Jastrzębski portal dialogu społecznego.
Unia Europejska
Mieszkańcy Jastrzębia i okolic