6 listopada 1939 roku w sali nr 66 krakowskiego Collegium Novum zatrzasnęły się drzwi niemieckiej pułapki. Brutalna operacja Sonderaktion Krakau miała jednym uderzeniem pozbawić Polskę jej intelektualnej elity. W tym samym czasie niespełna sto kilometrów na zachód, na gliniastych polach podjastrzębskiej Moszczenicy, do jesiennej orki wychodził utykający na nogę mężczyzna. Dla niemieckich urzędników był tylko wiejskim inwalidą wojennym pomagającym w gospodarstwie siostry. W rzeczywistości był jednym z nielicznych ludzi w Europie potrafiących biegle czytać pismo klinowe królów Hatti, Asyrii i Babilonu. W 87. rocznicę krakowskiego dramatu – oraz w 40. rocznicę śmierci prof. Rudolfa Ranoszka – przypominamy historię wybitnego orientalisty o chłopskim, górnośląskim rodowodzie.
„Cicho żyć, cicho pracować, cicho odejść”. Gdy Gestapo zamykało krakowskich profesorów w obozach, światowej sławy uczony z Moszczenicy szedł za pługiem
Najważniejsze fakty w skrócie:
-
Kim był prof. Rudolf Ranoszek (1894–1986): Urodzony w Moszczenicy (dziś sołectwo Jastrzębia-Zdroju) pionier polskiej hetytologii i asyriologii, współtwórca orientalistyki na Uniwersytecie Warszawskim.
-
Paradoks sierpnia 1939 roku: Przyjechał z Warszawy do rodzinnej Moszczenicy na krótki urlop przed planowaną kwerendą naukową w Luwrze i Muzeum Brytyjskim. Wybuch wojny odciął mu powrót do stolicy, co paradoksalnie ocaliło mu życie.
-
Sześć lat kamuflażu: Całą okupację przepracował fizycznie na roli u siostry Gertrudy Górnej. Nikt z mieszkańców Moszczenicy nie zdradził Gestapo, kim naprawdę jest kulejący brat gospodyni.
-
Niezwykła klamra z Sonderaktion Krakau: Gdy u schyłku życia Uniwersytet Śląski nadawał mu w Moszczenicy tytuł doktora honoris causa, recenzentem tego wyróżnienia był prof. Józef Wolski z UJ – naoczny świadek i więzień krakowskiej akcji z 6 listopada 1939 roku.
Pułapka w sali nr 66 i niewykorzystany paszport do Paryża
Poniedziałek, 6 listopada 1939 roku, przywitał Kraków niską mgłą i przenikliwym chłodem. W południe w gmachu Collegium Novum przy ulicy Gołębiej 24, w dawnej sali wykładowej im. Józefa Szujskiego (sali nr 66), zebrało się blisko dwustu profesorów, docentów i asystentów Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Górniczej oraz Akademii Handlowej. Przyszli na wezwanie rektora UJ, prof. Tadeusza Lehr-Spławińskiego, od którego dowódca krakowskiego Einsatzkommando 2/I, SS-Sturmbannführer Bruno Müller, zażądał zwołania obowiązkowego odczytu na temat „stosunku III Rzeszy i narodowego socjalizmu do nauki i uniwersytetów”.
Prelekcja nie trwała nawet dwóch minut. Müller stanął na katedrze i suchym, koszarowym tonem oświadczył, że krakowski uniwersytet rozpoczął rok akademicki bez zgody władz okupacyjnych, prowadził działalność wrogą wobec Niemiec, a wszyscy obecni zostają aresztowani. Chwilę później korytarze Collegium Novum wypełnił łomot podkutych butów niemieckiej policji i okrzyki esesmanów.
W ramach Sonderaktion Krakau Niemcy zatrzymali 183 ludzi nauki (w tym 144 pracowników UJ i 21 z Akademii Górniczej) oraz przypadkowych studentów. Brutalnie popychanych uczonych – wśród których byli schorowani siedemdziesięciolatkowie o międzynarodowej renomie – załadowano na policyjne ciężarówki. Przeszli przez więzienie przy ul. Montelupich i koszary przy ul. Mazowieckiej, skąd 9 listopada wywieziono ich do więzień we Wrocławiu (Breslau), a pod koniec miesiąca za druty obozu koncentracyjnego KL Sachsenhausen i później KL Dachau.
Wśród aresztowanych tego dnia młodych krakowskich historyków starożytności znalazł się m.in. dr Józef Wolski. Los krakowskich kolegów – albo śmierć w murach okupowanej Warszawy podczas równoległych uderzeń w polską inteligencję – niemal na pewno podzieliłby także doc. dr Rudolf Ranoszek, kierujący studiami nad starożytnym Wschodem w Instytucie Orientalistycznym Uniwersytetu Warszawskiego.
Jesień 1939 roku miała wyglądać w jego życiu zupełnie inaczej. Czterdziestopięcioletni wówczas uczony – mający już w dorobku głośne studia w Lipsku i Paryżu – otrzymał stypendium rządowe na kolejną wielką kwerendę zagraniczną. W gabinetach paryskiego Luwru oraz w Muzeum Brytyjskim w Londynie zamierzał kopiować i badać oryginały glinianych tabliczek klinowych z królewskich archiwów państwa Hatti i Mezopotamii.
Zanim jednak wyruszył nad Sekwanę i Tamizę, w sierpniu 1939 roku wsiadł w Warszawie do pociągu jadącego na Górny Śląsk i wysiadł na oddanym do użytku niespełna cztery lata wcześniej przystanku kolejowym w rodzinnej Moszczenicy (dziś sołectwie Jastrzębia-Zdroju). Przyjechał na krótki letni wypoczynek do siostry, Gertrudy Górnej, by pożegnać się z bliskimi przed długim wyjazdem. Kiedy o świcie 1 września niemieckie dywizje przekroczyły granicę, a 3 września Francja i Wielka Brytania przystąpiły do wojny, powrót do Warszawy został odcięty. Paszport z wizami w kieszeni marynarki stał się bezużytecznym dokumentem. Paradoksalnie ten sierpniowy przyjazd do Moszczenicy uratował mu życie.
Z chłopskiej izby i okopów Flandrii do archiwów królów Hatti
Aby zrozumieć fenomen człowieka, który we wrześniu 1939 roku utknął w podjastrzębskiej wsi, trzeba cofnąć się do schyłku XIX wieku. Rudolf Ranoszek urodził się w Moszczenicy 5 kwietnia 1894 roku jako ósme z dziesięciorga dzieci w tradycyjnej, chłopskiej rodzinie Jana i Karoliny Ranoszków. W ówczesnych realiach pruskiego powiatu rybnickiego dla zdolnego syna gospodarza naturalną ścieżką awansu było seminarium nauczycielskie, posada na kolei lub szkoła górnicza.
Rudolf od dziecka zdradzał jednak nieprawdopodobny słuch językowy i żelazną dyscyplinę. Po ukończeniu szkoły ludowej w Moszczenicy w latach 1906–1913 uczęszczał do gimnazjum w Rybniku, a ostatnią klasę i maturę zdał w 1914 roku w Królewskim Gimnazjum w Gliwicach. Tam opanował łacinę, grekę oraz hebrajski.
Zanim zdążył przekroczyć próg uniwersytetu, wybuchła I wojna światowa. Jako poddany pruski został zmobilizowany do armii niemieckiej i rzucony w błoto frontu zachodniego we Francji. W 1915 roku został ciężko ranny w nogę. Wielomiesięczne leczenie szpitalne ocaliło mu życie, ale pozostawiło trwałe kalectwo – sztywną nogę i charakterystyczny, utykający chód, z którym nie rozstał się już nigdy.
Jako inwalida wojenny podjął studia na Uniwersytecie we Wrocławiu (Breslau). Początkowo próbował teologii i prawa, by ostatecznie poświęcić się filologii semickiej, asyriologii, egiptologii i sanskrytowi pod kierunkiem światowej sławy orientalistów, m.in. prof. Bruno Meissnera. W 1922 roku obronił doktorat na podstawie dysertacji poświęconej asyryjsko-babilońskiej Historii synchronicznej (Die sogenannte „Synchronistische Geschichte”). Był to ten sam Wrocław, do którego siedemnaście lat później Niemcy przywiozą w więziennych wagonach profesorów aresztowanych podczas Sonderaktion Krakau.
Kiedy w 1922 roku wschodnia część Górnego Śląska wraz z Moszczenicą została przyłączona do Polski, świeżo upieczony doktor z niemieckim dyplomem bez wahania wybrał służbę dla polskiej nauki. Ówczesne uniwersytety w odrodzonej Rzeczypospolitej nie miały jednak wolnego etatu dla nikomu nieznanego chłopskiego syna spod Jastrzębia, który nie należał do żadnej z krakowskich czy lwowskich koterii akademickich.
Przez jedenaście lat (1923–1934) dr Rudolf Ranoszek zarabiał na utrzymanie jako nauczyciel łaciny, greki, niemieckiego i historii w Państwowym Gimnazjum Męskim im. Księcia Jana Opolskiego w Tarnowskich Górach, a następnie w Gimnazjum im. Adama Mickiewicza w Katowicach. W dzień uczył śląskich gimnazjalistów deklinacji łacińskich, a nocami – przy świetle lampy naftowej i biurkowej – odczytywał traktaty królów hetyckich i kroniki z Niniwy.
Jego upór przebił wreszcie mur obojętności. Dzięki stypendiom Funduszu Kultury Narodowej wyjechał na początku lat 30. do Lipska (gdzie współpracował z jednym z najwybitniejszych hetytologów świata, prof. Johannesem Friedrichem) oraz do Paryża. W 1935 roku habilitował się na Uniwersytecie Warszawskim i jako docent objął wykłady w nowo utworzonym Instytucie Orientalistycznym UW. Stał się pierwszym polskim badaczem cywilizacji Hetytów – potężnego ludu indoeuropejskiego z Anatolii, którego władcy ze stolicy w Hattusa (dzisiejsze Boğazköy w Turcji) w XIII wieku p.n.e. zawierali najstarsze znane w dziejach traktaty pokojowe z faraonem Ramzesem II po bitwie pod Kadesz.
Sześć lat za pługiem w cieniu Intelligenzaktion Schlesien
Jesienią 1939 roku Moszczenica wraz z całym powiatem rybnickim została wcielona bezpośrednio do III Rzeszy (w skład prowincji górnośląskiej). Wiosną 1940 roku – kilka miesięcy po krakowskiej Sonderaktion Krakau – niemieckie Gestapo uruchomiło na tym terenie operację Intelligenzaktion Schlesien. Z domów w Rybniku, Wodzisławiu, Jastrzębiu, Żorach, Pszczynie i Cieszynie wyciągano polskich nauczycieli gimnazjalnych, księży, działaczy plebiscytowych i przedwojennych urzędników, wysyłając ich na śmierć w kamieniołomach KL Mauthausen-Gusen oraz w KL Dachau.
Przedwojenny nauczyciel gimnazjów w Tarnowskich Górach i Katowicach, a do tego docent Uniwersytetu Warszawskiego, znalazłby się na listach proskrypcyjnych Gestapo na jednym z pierwszych miejsc.
W górnośląskiej wsi liczącej kilkaset gospodarstw nie sposób było ukrywać się na strychu czy pod fałszywym nazwiskiem przez sześć lat. Rudolf Ranoszek zastosował kamuflaż jedyny z możliwych: całkowicie wygasił swoją warszawską tożsamość akademicką. Zamieszkał u siostry Gertrudy Górnej i w oczach niemieckiej administracji stał się na powrót tym, kim był w metryce urodzenia – chłopskim synem z Moszczenicy i kulejącym inwalidą armii niemieckiej z czasów Wielkiej Wojny, który z powodu kalectwa wykonuje proste prace pomocnicze w rodzinnym gospodarstwie rolnym.
Przez ponad pięć lat dłonie uczonego, które w paryskim Luwrze z zegarmistrzowską precyzją kopiowały znaki klinowe wyciśnięte w glinie trzydzieści trzy stulecia wcześniej, trzymały pług, widły i lejce. Uczony orał gliniaste moszczenickie pola, kosił zboże, kopał ziemniaki i obrządzał inwentarz.
W tej historii jest jednak jeszcze jeden, niezwykle ważny wymiar lokalny, o którym rzadko się pamięta: przez sześć lat okupacji Rudolf Ranoszek żył wśród mieszkańców Moszczenicy, którzy doskonale wiedzieli, kim naprawdę jest brat Gertrudy Górnej. W czasach terroru, gdy za jeden anonimowy donos o ukrywającym się polskim inteligencie groziła wywózka do obozu, nikt ze wsi go nie wydał. Zmowa milczenia moszczenickich sąsiadów oraz legitymacja inwalidy wojennego z 1915 roku stworzyły wokół profesora tarczę, której Gestapo nigdy nie przebiło.
Ojcowizna uratowała mu życie, ale w tym samym czasie w Warszawie dopełniała się jego katastrofa naukowa. W sierpniu 1944 roku, w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego, w płomieniach spłonęło jego stołeczne mieszkanie. Ogień strawił gromadzony przez ćwierć wieku specjalistyczny księgozbiór orientalistyczny, tysiące fiszek leksykograficznych, autorskie odpisy tabliczek klinowych z Berlina, Lipska i Paryża oraz gotowe do druku rękopisy prac hetytologicznych. Ocalało jedynie to, co w sierpniu 1939 roku zabrał ze sobą w walizce do Moszczenicy.
Samotnik z ulicy Madalińskiego i dekada milczenia
Gdy wiosną 1945 roku przetoczył się front, pięćdziesięciojednoletni uczony nie pozostał w bezpiecznej Moszczenicy. Jesienią tego samego roku wrócił do zburzonej Warszawy, by z popiołów odbudować polską orientalistykę. Na Uniwersytecie Warszawskim stworzył od podstaw i objął Katedrę Filologii Wschodu Starożytnego. Bez słowników i podręczników, z pamięci oraz własnych notatek odtwarzał teksty sumeryjskie, akadyjskie i hetyckie, kształcąc całe powojenne pokolenie polskich badaczy starożytnej Mezopotamii i Anatolii.
W realiach stalinowskiej Polski prof. Rudolf Ranoszek stanowił jednak ciało obce. Głęboko wierzący katolik, regularnie widywany w kościele z książeczką do nabożeństwa, bezpartyjny, przywiązany do przedwojennego etosu uniwersyteckiego, nie pasował do nowego modelu „naukowca zaangażowanego ideologicznie”. Choć w 1946 roku otrzymał nominację na profesora nadzwyczajnego, przez całą epokę bierutowską władze blokowały mu tytuł profesora zwyczajnego.
Nigdy nie napisał żadnego samokrytycznego podania, nie zabiegał o protekcję w komitetach partyjnych i nie naginał swoich badań pod marksistowskie schematy. Dopiero po odwilży październikowej, w listopadzie 1958 roku – w dziewiętnastą rocznicę Sonderaktion Krakau – Rada Państwa nadała mu tytuł profesora zwyczajnego oraz odznaczyła go Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
W Warszawie żył z niemal ascetyczną skromnością. Cały jego doczesny majątek mieścił się w maleńkiej, kilkunastometrowej kawalerce przy ulicy Madalińskiego na Mokotowie. W tym ciasnym pokoju półki i stosy książek, słowników oraz nadbitek w kilkunastu językach sięgały od podłogi pod sam sufit, zostawiając jedynie wąski korytarz między żelaznym łóżkiem a biurkiem. Profesor sam przygotowywał sobie skromne posiłki, sam cerował znoszone ubrania, a każdą zaoszczędzoną złotówkę ze skromnej pensji i późniejszej emerytury przeznaczał na sprowadzanie zagranicznych wydawnictw naukowych lub dyskretną pomoc dla uboższych krewnych i studentów.
Powrót do Moszczenicy i hołd więźnia z sali nr 66
Na początku lat 80., w mrocznym i kryzysowym schyłku PRL-u, blisko dziewięćdziesięcioletni uczony został w swojej mokotowskiej kawalerce zupełnie sam. Wzrok i słuch odmawiały mu posłuszeństwa, dawna rana wojenna utrudniała każdy krok, a dawni koledzy z przedwojennego uniwersytetu w większości już nie żyli.
I wtedy historia zatoczyła pełne koło. Tak jak w sierpniu 1939 roku, ratunek znów przyszedł z rodzinnej Moszczenicy. Sędziwym, schorowanym profesorem zaopiekowała się spokrewniona z nim rodzina państwa Szmuków. Zabrali uczonego z ciasnego warszawskiego mieszkania do swojego domu w Moszczenicy (będącej już wówczas częścią Jastrzębia-Zdroju). W trudnych latach stanu wojennego i kartkowego niedoboru państwo Szmukowie otoczyli profesora codzienną, bezinteresowną troską, zapewniając mu spokój i rodzinną przystań.
O tym, że w moszczenickim domu dożywa swoich dni ostatni z przedwojennych nestorów polskiej orientalistyki, przypomniał śląskiemu środowisku akademickiemu dr Józef Musioł – sędzia Sądu Najwyższego, pisarz i niestrudzony popularyzator dziejów Górnego Śląska. Z jego inicjatywy Senat Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach w kwietniu 1985 roku podjął uchwałę o nadaniu prof. Rudolfowi Ranoszkowi najwyższej godności akademickiej – tytułu doktora honoris causa.
W procedurze tej krył się niezwykły, symboliczny szczegół: jednym z recenzentów dorobku hetytologa z Moszczenicy został prof. Józef Wolski z Uniwersytetu Jagiellońskiego – ten sam badacz starożytności, którego 6 listopada 1939 roku SS-Sturmbannführer Bruno Müller aresztował w sali nr 66 Collegium Novum podczas Sonderaktion Krakau i który przeszedł przez piekło Sachsenhausen oraz Dachau. Po czterdziestu sześciu latach więzień krakowskiej akcji składał pisemny hołd uczonemu, którego przed tym samym losem ocaliły moszczenickie pola.
Ponieważ stan zdrowia sędziwego orientalisty nie pozwalał już na podróż do Katowic, władze rektorskie Uniwersytetu Śląskiego na czele z ówczesnym rektorem prof. Sędzimirem Maciejem Klimaszewskim oraz dr Józef Musioł przyjechały bezpośrednio do domu państwa Szmuków w Moszczenicy. Uroczystość wręczenia dyplomu doktora honoris causa odbyła się przy łóżku wzruszonego Mistrza, w kameralnej, domowej ciszy.
Ostatnie spotkanie z przyjaciółmi ze Śląska miało miejsce 5 kwietnia 1986 roku – dokładnie w dzień 92. urodzin Profesora. Trzy dni później, 8 kwietnia 1986 roku, prof. Rudolf Ranoszek zmarł spokojnie w Jastrzębiu-Zdroju. Spoczął na parafialnym cmentarzu w rodzinnej Moszczenicy – zaledwie kilkaset metrów od zagonów, które w latach 1939–1945 ocaliły go dla polskiej i światowej nauki.
„Cicho żyć, cicho pracować, cicho odejść”
Przez całe życie prof. Rudolf Ranoszek powtarzał swoim uczniom i bliskim krótką dewizę, która stanowiła jego osobisty busolę: „Cicho żyć, cicho pracować, cicho odejść”.
Człowiek, który przez dziesięciolecia odczytywał z glinianych tabliczek traktaty, groźby i kroniki władców sprzed trzech tysięcy lat, miał szczególną perspektywę wobec historii. Doskonale wiedział, że po najpotężniejszych imperiach – czy to królach Hatti i Asyrii, czy budowniczych „tysiącletniej Rzeszy” – ostatecznie zostaje tylko warstewka popiołu i ułamki wypalonej gliny. Trwałe okazuje się wyłącznie to, co ocala ludzką godność: rzetelna praca u podstaw, wierność własnym korzeniom i odważna przyzwoitość sąsiadów, którzy w godzinie próby potrafią zachować milczenie, a u schyłku życia otworzyć przed samotnym człowiekiem drzwi własnego domu.
Autor opracowania: Alojzy Godos Redakcja portalu jas24info.pl
foto łaźniamoszczenica
