Nie oddamy miasta w ręce PiS – Część 3: Forma nad treścią, czyli dylemat człowieka orkiestry
Oświadczenie wstępne:
Poniższy tekst ma charakter wyłącznie publicystyczny. Nie jest aktem oskarżenia, nie stawia nikomu zarzutów karnych, a autorzy nie roszczą sobie prawa do wydawania wyroków. Nie jesteśmy redakcją śledczą ani sądem. Naszym celem jest wyłącznie zadawanie pytań o standardy etyczne, moralność w życiu publicznym oraz transparentność działań osób zaufania społecznego.
Wszelkie opinie są subiektywnym głosem w dyskusji o dobru naszego miasta.
Ta część cyklu w ogóle nie powinna powstać. Mówię to z pełną odpowiedzialnością. Jest ona wymuszona – stanowi reakcję i sprzeciw wobec tego, co obserwujemy w lokalnej przestrzeni publicznej. To odpowiedź na poziom dyskusji politycznej, na zalew komentarzy z fałszywych kont na Facebooku.
To również kategoryczny sprzeciw wobec zeszłorocznego »szmatławca« – gazety bez wydawcy i podpisów redakcji, która bezpodstawnie szkalowała poczynania obecnej władzy. To reakcja na wszechobecne chamstwo i obłudę, które zaczynają przysłaniać realne problemy mieszkańców.
Piszę te słowa z ciężkim sercem. Dlaczego? Bo praktycznie ze wszystkimi bohaterami, o których tu wspominam, łączyła mnie lub łączy jakaś forma współpracy. Często były to działania owocne, przynoszące fajne efekty dla dobra miasta i nas wszystkich.
Nie jest moją rolą wydawanie wyroków na ludzi, z którymi pracowałem, choć informacje o problemach mieszkańców docierają do mnie masowo.
Zawsze staramy się przekazywać te zgłoszenia do odpowiednich instytucji, dzięki czemu wiele spraw udaje się rozwiązać po cichu, skutecznie, bez zbędnego medialnego rozgłosu.
Kwestia "Tajemniczego Autora"
Zanim przejdziemy do sedna, muszę rozprawić się z jednym, wciąż powracającym zarzutem: anonimowością.
Często słyszę: "Pokaż twarz, podpisz się". Odpowiadam więc wprost: jestem osobą powszechnie znaną w naszym środowisku. Moja "anonimowość" w tym cyklu nie wynika ze strachu czy chęci ukrycia się. Wynika z mojego charakteru i pragmatyzmu.
Nie jestem byłym politykiem szukającym zemsty. Nie jestem działaczem sportowym walczącym o stołki. I co najważniejsze – nie zamierzam kandydować w żadnych wyborach.
Dlatego nie muszę się "lansować". Nie potrzebuję błysku fleszy, by pomagać politycznie czy działać społecznie. Robię to skutecznie, ale bez parcia na szkło.
To daje mi luksus szczerości, na który wielu kandydatów nie może sobie pozwolić.
Crème de la crème: Grzegorz Mosoń
A teraz przejdźmy do właściwej historii. Historii, która – mam nadzieję – posłuży za przestrogę i skłoni do refleksji. Nie będzie to sabat czarownic.
To opowieść o człowieku, który stał się ikoną pewnego stylu uprawiania polityki w naszym mieście.
Bohaterem tej części jest postać niezwykle barwna i powszechnie znana: Grzegorz Mosoń.
Gdybyśmy chcieli wymienić wszystkie jego funkcje na jednym wizytowniku, zabrakłoby miejsca. Radny Miejski. Szafarz Kościoła Katolickiego. Były członek Wspólnoty Samorządowej. Przewodniczący Zarządu Osiedla. Były trener klubu pływackiego H2O. Do tego dochodzą funkcje finansowe:
Przewodniczący Zarządu MKZP (Międzyzakładowa Kasa Zapomogowo-Pożyczkowa), gdzie od 2013 roku odpowiada za całokształt działalności, reprezentuje kasę na zewnątrz i nadzoruje proces udzielania pożyczek.
To jednak nie koniec. Od 28 grudnia 2006 roku widnieje jako Wiceprzewodniczący Związku Zawodowego "KADRA" przy Kopalni Węgla Kamiennego "Jas-Mos".
Tu musimy postawić kropkę i wziąć głęboki oddech, bo trafiamy na sytuację iście surrealistyczną. Pan Grzegorz na umowę zlecenie wykonuje obowiązki wiceprzewodniczącego przy kopalni, która... fizycznie już nie istnieje. KWK "Jas-Mos" została postawiona w stan likwidacji w 2016 roku, a proces ten ostatecznie zakończono w 2022 roku.
Mamy więc do czynienia z ewenementem na skalę krajową – zarządzaniem strukturami związkowymi w "kopalni-widmo".
To zjawisko, które wymyka się logice, a wkracza w sferę absurdu rodem z filmów Barei. Wyobraźmy sobie kapitana, który pobiera żołd za dowodzenie okrętem, który lata temu poszedł na żyletki. W Jastrzębiu to jednak możliwe. Kopalnia Jas-Mos fizycznie zniknęła z mapy miasta – szyby zasypano, infrastrukturę zlikwidowano, a teren przekazano dalej.
Ale struktura związkowa? Ta ma się świetnie. Trwa niczym niewzruszony pomnik, a wraz z nią trwają funkcje, tytuły i zlecenia.
Rodzi się pytanie: kogo reprezentuje wiceprzewodniczący w zakładzie, który jest już tylko wpisem w archiwach i sentymentalnym wspomnieniem górników? Czyje interesy chroni? Gruzu i wiatru hulającego po pustych placach? Czy to jeszcze ochrona praw pracowniczych, czy już tylko pielęgnowanie własnego statusu na zgliszczach przemysłu?
To doskonały, choć smutny przykład tego, jak w naszym mieście forma potrafi przetrwać śmierć treści, a stanowisko staje się bytem samym w sobie, całkowicie oderwanym od rzeczywistości.
Do tego obrazu należy dodać jeszcze jeden, niezwykle istotny element prywatny: jest dumnym ojcem licznej rodziny. To człowiek, który na każdym kroku udowadnia, jak bardzo leży mu na sercu dobro własnych dzieci i jak mocno o nie dba.
Człowiek orkiestra? Z pewnością. Jednak w przypadku pana Grzegorza, to co rzuca się w oczy najbardziej, to wielka dbałość o formę przekazu. Z samą treścią bywa już niestety różnie.
Między ołtarzem a politycznym ringiem
Postać Grzegorza Mosonia to fascynujące studium przypadku. Z jednej strony widzimy człowieka głębokiej wiary, szafarza, który publicznie demonstruje swoje przywiązanie do wartości chrześcijańskich i rodzinnych. Z drugiej – polityka i działacza, który funkcjonuje w brutalnym świecie lokalnych układów, gdzie etyka często ustępuje miejsca pragmatyzmowi.
Rodzi się tutaj fundamentalne pytanie, które zadajemy bez złośliwości: Czy można być wiarygodnym we wszystkich tych rolach jednocześnie? Czy dbałość o wizerunek zewnętrzny – o to, jak się prezentujemy na zdjęciach, na uroczystościach, w mediach społecznościowych – nie przysłoniła w pewnym momencie istoty służby publicznej?
Historia ta jest warta uwagi, ponieważ pokazuje mechanizm, który obserwujemy coraz częściej. To mechanizm budowania pozycji na wielu filarach, które teoretycznie powinny się wspierać, ale w praktyce często stoją ze sobą w sprzeczności. Bycie trenerem młodzieży wymaga innych kompetencji niż bycie bezwzględnym graczem politycznym.
Rola szafarza niesie za sobą wymogi moralne, które trudno pogodzić z agresywną walką o wpływy czy "zamiataniem spraw pod dywan".
Sygnalista i Przewodniczący
Historia opowieści o Panu Grzegorzu zaczyna się od konkretnego sygnału. Osoba podpisująca się jako "Jastrzębski – sygnalista" przesłała nam informację, że wysłała pismo do Urzędu Miasta. Pismo to zawierało informacje o – nazwijmy to delikatnie – niezgodnościach w pracy radnego Mosonia, wraz z konkretnymi zarzutami formalnymi. Sygnalista skarżył się, że nie widzi żadnej reakcji ze strony Urzędu.
Co ja mogę w takiej sytuacji? Wysyłam prośbę o informację publiczną do Przewodniczącego Rady Miasta. I cisza.
Pana Przewodniczącego, Piotra Szeredę, poznałem osobiście w 2015 roku. Posiadam z nim kontakt, łącznie z numerem telefonu. Co więcej, choć rzadko, to jednak zdarza mu się publikować swoje poglądy na naszym portalu.
Mijały dwa tygodnie, czyli regulaminowy czas na odpowiedź, a w skrzynce wciąż cisza. Pomyślałem: "Pewno chcą ukręcić łeb sprawie, zamieść temat pod dywan".
Ale życie pisze własne scenariusze. Spotkaliśmy się przypadkiem na mieście. Otrzymałem wtedy bezpośrednią informację: Urząd Miasta rzeczywiście otrzymał pismo, o którym mówił sygnalista, jednak wpłynęło ono jako anonim. Przewodniczący nie mógł więc odpowiedzieć na moje zapytanie oficjalnie.
Dlaczego? Bo co ma odpowiedzieć na pytanie dotyczące anonimowego listu? Wytłumaczył mi to logicznie i – muszę przyznać – miał rację. Ucieszyłem się, że w tym przypadku to nie było celowe "zamiatanie pod dywan", a kwestia proceduralna. Niemniej jednak, sprawa sama w sobie pozostała nadal nierozwiązana.
Honduras zamiast Budżetu? Treść, której nie da się zignorować
Choć pismo jest anonimowe i oficjalnie nie znamy jego pełnej treści, to w kuluarach jastrzębskiego magistratu aż huczy od plotek, które układają się w niepokojącą całość. Zarzuty stawiane przez "Anonimowego Sygnalistę" to nie błahe plotki, ale oskarżenia kalibru ciężkiego, które – jeśli są prawdziwe – stawiają pod znakiem zapytania etykę radnego.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że Grzegorz Mosoń pełnił przez pewien czas funkcję Przewodniczącego Rady Miasta. To rola wiążąca się z ogromną odpowiedzialnością. Rodzi się więc pytanie o gigantyczny konflikt interesów: jak można było pogodzić sztywny termin najważniejszej w roku sesji budżetowej z wyjazdem zagranicznym w charakterze zawodowego przewodnika i opiekuna wycieczki? Czy kalendarz miasta musiał ustępować kalendarzowi biura podróży?
To już nie jest tylko dylemat logistyczny, ale całkowita kolizja ról, gdzie prywatne zlecenie "opieki nad grupą" wygrywa z mandatem zaufania publicznego.
O co chodzi? Właśnie o te priorytety. Sygnalista punktuje bezlitośnie: w czasie, gdy Rada Miasta decydowała o kluczowych sprawach miasta na sesji , radnego Mosonia miało na sali zabraknąć. Powód? Egzotyczna podróż do Hondurasu. "Jestem nim oczarowany" – miał rzekomo mówić radny. Wyborcy mogą zapytać: czy mandat radnego to dodatek do biura podróży?
Jeszcze większe emocje budzi kwestia rezygnacji radnego z pracy w kluczowych komisjach: Rewizyjnej oraz Rodziny i Polityki Społecznej. Oficjalnym powodem miał być brak czasu spowodowany ciężką pracą w kopalni.
Tu jednak trzeba powiedzieć "sprawdzam". To musiało być dawno, ponieważ obecnie Pan Grzegorz fizycznie nie pracuje już na kopalni Jas-Mos – z prostej przyczyny: zakład ten został zlikwidowany. Zamiast zjeżdżać pod ziemię, radny pobiera świadczenia, przebywając – najpewniej od momentu likwidacji ruchu Jas-Mos – na urlopie górniczym lub innym świadczeniu osłonowym.
Mamy więc sytuację, w której radny de facto nie pracuje zawodowo, posiada uregulowany status socjalny i mnóstwo czasu, a mimo to zasłania się brakiem możliwości uczestnictwa w komisjach. W zderzeniu z faktami o urlopie i braku fizycznej pracy, ostatecznie rozpada się mit i obraz umęczonego górnika.
Fundusz, promocje i matematyka "15+1"
Dotykamy tu samego sedna problemu. Fundusz socjalny i organizacja wycieczek związkowych to potężny kapitał, pochodzący z odpisów kopalnianych. W założeniu środki te mają trafiać do najbardziej potrzebujących, ale system ten stwarza luki, które umożliwiają przekierowanie tego strumienia w zupełnie inną stronę.
W Jastrzębiu rywalizacja biur podróży jest ogromna. To naturalne, że w biznesie istnieją zachęty i promocje. W handlu znamy "1+1 gratis", w turystyce grupowej standardem bywa "15+1" – czyli przy grupie 15 osób, jedna jedzie za darmo (lub za symboliczną złotówkę).
Podkreślamy: biura podróży mają do tego pełne prawo, to element ich strategii marketingowej i nie o tym jest ten artykuł. Nie zajmujemy się biznesem turystycznym.
Zajmujemy się jednak tym, co z tymi "gratisami" robi organizator, jeśli jest nim osoba pełniąca funkcje publiczne.
Stawiamy więc publiczne pytania, na które odpowiedzieć powinny odpowiednie służby, bo my nie mamy instrumentów śledczych:
Czy radny Mosoń korzystał z takich "promocji" organizując wyjazdy? A jeśli tak, to komu one zostały przekazane?
Czy skorzystała z nich osoba o niskim statusie materialnym, dla której taki wyjazd byłby marzeniem życia, czy może służyły one szeroko pojętej promocji własnej osoby lub rodziny organizatora?
Kto jeszcze korzystał z "okazji"? Czy jeśli istniały możliwości wyjazdów po zaniżonych cenach lub wręcz darmowych, to czy korzystali z nich również koledzy i koleżanki radni? A może pracownice Urzędu Miasta?
Świadomość kosztów. Czy osoby te nie posiadały świadomości, że "nie ma darmowych kolacji"? Że takie propozycje zawsze kosztują – jeśli nie pieniądze, to wdzięczność, lojalność lub przymknięcie oka w innej sprawie?
Pan radny notorycznie wykazuje się doskonałą, niemal pedantyczną wiedzą w zakresie przepisów prawa i formy przekazu. Kto więc wyjaśni, czy takie postępowanie było celowe?
Tutaj pojawia się fundamentalne pytanie prawne i etyczne: czy takie wyjazdy – darmowe lub o zaniżonej wartości – nie stanowią de facto dochodu dla Pana Mosonia? A jeśli tak, to czy nie powinny być one skrupulatnie wykazywane w oświadczeniu majątkowym?
Taki wpis nie tylko byłby zgodny z literą prawa, ale przede wszystkim stworzyłby pełną transparentność działań radnego, ucinając wszelkie spekulacje.
Warto przypomnieć, że zatajenie prawdy w oświadczeniu majątkowym to przestępstwo, za które grozi nie tylko utrata mandatu, ale i odpowiedzialność karna z artykułu 233 Kodeksu Karnego.
To nie tylko donos – to publiczne fakty
Musimy tu postawić sprawę jasno: treści naszych pytań nie są budowane na fundamentach anonimowego donosu. Opieramy się na faktach dostępnych publicznie. W lokalnym portalu internetowym ukazał się artykuł, w którym sam zainteresowany szeroko opowiada o swoich egzotycznych podróżach i pasjach.
To nie są domysły – to on sam chwali się światu swoimi wojażami. My tylko zestawiamy te opowieści z kalendarzem prac Rady Miasta i oświadczeniami majątkowymi.
Wygodna cisza czy proceduralny unik? Komisja Rewizyjna umywa ręce
Na koniec pozostaje pytanie do „strażników” miejskiej transparentności – Komisji Rewizyjnej. Z nieoficjalnych informacji wynika, że radni nie palą się do weryfikacji zarzutów zawartych w piśmie, zasłaniając się jego anonimowym charakterem.
Owszem, przepisy pozwalają urzędnikom pozostawić anonim bez rozpoznania. Ale czy w samorządzie chodzi tylko o „odhaczanie paragrafów”?
Ciężar gatunkowy zarzutów wobec radnego Mosonia jest porażający. Nie mówimy tu o sąsiedzkiej kłótni o płot, ale o potencjalnym przestępstwie skarbowym, zatajaniu dochodów i nieprawidłowościach w oświadczeniach majątkowych funkcjonariusza publicznego.
To są fakty weryfikowalne. Wystarczy sprawdzić paszport, wyciągi bankowe, ubezpieczenia czy dokumenty biur podróży. Do tego nie potrzeba podpisu autora donosu – wystarczy dobra wola i chęć dążenia do prawdy.
Czy rezygnacja z zbadania tak poważnych sygnałów jest działaniem na korzyść miasta? A może to wygodny parawan, by nie krzywdzić politycznego kolegi?
Mieszkańcy mają prawo oczekiwać, że Komisja Rewizyjna jest organem kontrolnym z prawdziwego zdarzenia, a nie klubem wzajemnej adoracji, który uaktywnia się tylko wtedy, gdy jest to politycznie wygodne. Jeśli zarzuty są wyssane z palca – kontrola oczyści radnego z podejrzeń.
Jeśli jednak Komisja wyrzuca pismo do kosza tylko dlatego, że brak pod nim nazwiska, wysyła jasny sygnał: w Jastrzębiu pewne tematy są po prostu nietykalne.
A to dla lokalnej demokracji wiadomość najgorsza z możliwych.
Etyka, rodzina i podwójne standardy
Zatrzymajmy się jednak na chwilę. Łatwo jest rzucić kamieniem, trudniej spojrzeć na sprawę z dystansu i ludzkiej perspektywy. Wiele z tych zarzutów dotyczy sfery etycznej, ale czy na pewno wszystko jest tutaj czarno-białe?
Pojawiają się głosy oburzenia, że żona radnego pracuje w Szkole Podstawowej, a dzieciom pomaga się w znalezieniu zatrudnienia. Powiem wprost: dla mnie kobieta, która urodziła i wychowuje szóstkę dzieci, i kiedy staje się to możliwe, pracuje zawodowo, jest bohaterką.
Powiem to dosadnie i celowo wulgaryzuję przekaz, by te słowa wybrzmiały głośniej: praca dla takich kobiet należy się jak psu na łancuchu miska . Paradoks naszych czasów polega na tym, że dziś bardziej dbamy o zwierzęta, walcząc o uwalnianie ich z uwięzi, a jednocześnie matkom wielodzietnych rodzin zakładamy na szyję ciężki łańcuch wykluczenia zawodowego.
Tu rodzi się fundamentalne pytanie etyczne: dlaczego radny Mosoń, zasiadając przez lata w Komisji Rodziny i Polityki Społecznej, nawet nie spróbował systemowo pomóc takim kobietom? W Jastrzębiu wszyscy znamy problem dramatycznie niskiej liczby urodzeń.
Proszę wiedzieć jedno: kobiety najbardziej boją się właśnie tego wykluczenia. Boją się rodzić, bo z dziećmi nikt ich nie chce zatrudnić. A gdy już odchowają potomstwo? Wtedy słyszą, że ze względu na wiek też ich nikt nie chce.
Nawet jeśli pani Mosoń skorzystała z protekcji męża – czy pomoc męża lub ojca dzieciom to przestępstwo kryminalne? To raczej naturalny odruch rodzica, który dba o swoją rodzinę.
Problemem nie jest to, że radny pomaga swoim.
Problemem jest stygmatyzacja. Problemem jest to, że jedne nazwiska się piętnuje i potępia tylko na zasadzie przynależności politycznej.
Spójrzmy na rok 2025. Zamknęło się 370 tys. firm prywatnych. Ludzie tracą dorobek życia. I kiedy taki przedsiębiorca, który od 15 lat prowadzi firmę, sam się utrzymuje i balansuje na granicy opłacalności, wygrywa przetarg w Urzędzie Miasta – nagle wyciąga mu się ojca. Nagle "złe pochodzenie" staje się argumentem przeciwko niemu.
A w przypadku "naszych"? Wtedy protekcja staje się "troską o rodzinę".
To ta hipokryzja i podwójne standardy bolą najbardziej. Nie to, że ktoś pojechał do Hondurasu, ale to, że robi się z tego cnotę, podczas gdy innym wypomina się każdy grosz zarobiony ciężką pracą.
Apel do sumień – Radny jak żona Cezara
Czas na podsumowanie. Nie zostawiamy Was z obietnicą "ciągu dalszego", ale z apelem.
Zwracam się do wszystkich Radnych Miasta Jastrzębie-Zdrój, bez względu na barwy partyjne. Mandat zaufania publicznego to nie tylko zaszczyt, immunitet czy dieta. To przede wszystkim potężne zobowiązanie. W starożytnym Rzymie mawiano, że żona Cezara musi być nie tylko uczciwa, ale też poza wszelkimi podejrzeniami.
Dziś, w naszym mieście, ta zasada powinna być wyryta nad wejściem do sali obrad.
Radny to osoba, na którą patrzą tysiące oczu. Mieszkańcy widzą wszystko: każdą nieszczerość, każde niedomówienie, każdy "gratis", który cudownym trafem trafia do kieszeni władzy. Transparentność to nie tylko wymóg prawny – to fundament demokracji.
Jeśli ten fundament kruszeje pod ciężarem niedomówień, prywatnych interesów i egzotycznych wojaży, cały gmach samorządności zaczyna się chwiać.
Bądźcie bez zarzutu. Nie dla prokuratora, nie dla Komisji Rewizyjnej, ale dla ludzi, których reprezentujecie. Bo Jastrzębie zasługuje na radnych, którzy nie muszą się tłumaczyć z "promocji", ale mogą dumnie rozliczyć się ze swojej pracy dla miasta.

