Od Mysiej do Facebooka: Jak dziś knebluje się usta lokalnym mediom?
12 marca obchodzimy Światowy Dzień Walki z Cenzurą w Internecie. Mogłoby się wydawać, że w dobie cyfrowej wolności i kilkudziesięciu lat po upadku PRL-u, problem cenzury nas nie dotyczy.
Nikt już nie czyta tekstów przez ramię dziennikarza z czerwoną pieczątką w dłoni. Ale aparat uciszania prasy nie zniknął – on po prostu założył biały kołnierzyk, przeniósł się do internetu i zmienił metody na bardziej wyrafinowane.
Cenzura 2.0, czyli "efekt mrożący" W czasach PRL-u zasady gry były proste, choć brutalne. Cenzor wycinał to, co władzy się nie podobało, a nieposłuszne redakcje traciły przydział na papier. Dziś prawo wprost zakazuje tłumienia krytyki prasowej. Jednak dla wielu lokalnych polityków, samorządowców i osób na świeczniku, pokusa kontrolowania narracji jest równie silna, co u dawnych aparatczyków.
Współczesna cenzura nie polega na zakazywaniu druku. Polega na wywołaniu strachu. W medioznawstwie nazywa się to zjawiskiem "efektu mrożącego" (ang. chilling effect). Osobom publicznym rzadko zdarza się merytorycznie odpowiadać na trudne pytania dziennikarzy. Zamiast tego sięgają po publiczne demonstracje siły.
Publikują w mediach społecznościowych zawoalowane groźby, rzucają hasła o tym, że ktoś się "doprosił" czy złowieszcze "szczegóły wkrótce". Z kpiącym tonem zapowiadają wyciąganie konsekwencji.
Cel jest prosty: zbudować atmosferę osaczenia. Zmusić dziennikarza, by przed opublikowaniem kolejnego niewygodnego tekstu zastanowił się dwa razy.
Zadał sobie pytanie: czy warto znowu znosić te publiczne szykany? To właśnie jest autocenzura – największe marzenie każdego, kto ma coś do ukrycia.
SLAPP: Paragraf zamiast nożyczek Kolejnym narzędziem w arsenale nowożytnych cenzorów są tzw. pozwy SLAPP (Strategic Lawsuits Against Public Participation). To strategiczne pozwy wymierzone w redakcje. Gdy lokalny portal ujawnia niewygodną prawdę lub publikuje ostrą, ale dozwoloną prawem opinię, polityk grozi sądem.
Nie po to, by wygrać – bo zazwyczaj wie, że działa w granicach absurdu – ale po to, by finansowo i psychicznie wykończyć redakcję. W tym starciu panuje ogromna asymetria. Po jednej stronie stoją osoby z władzą i budżetami, po drugiej – lokalne portale, których jedyną bronią jest wierność prawdzie.
Moderacja to nie cenzura. Stop pasożytowaniu na zasięgach W tym miejscu trzeba jednak postawić bardzo wyraźną granicę. Wolność słowa to nie jest prawo do anarchii. Kasowanie wulgaryzmów, obleśnych komentarzy, hejtu czy bezpośrednich wyzwisk nie ma nic wspólnego z cenzurą – to dbanie o podstawową higienę debaty publicznej.
Co więcej, zmagamy się dziś z jeszcze jedną, bardzo perfidną metodą zagłuszania dyskusji. To zjawisko celowego "podpinania się" pod popularne, poczytne artykuły, by w komentarzach promować własne, zupełnie niezwiązane z tematem interesy lub prywatne krucjaty. Wykorzystywanie w ten sposób zasięgów ciężko wypracowanych przez portal to nie tylko rażący brak kultury.
To de facto kolejna forma cenzury – zjawisko to topi właściwy temat w morzu informacyjnego szumu i spamu, uniemożliwiając czytelnikom normalną dyskusję. Na takie zachowania nigdy nie będzie u nas zgody.
Dialog, nie monolog władzy Światowy Dzień Walki z Cenzurą w Internecie to idealny moment, by przypomnieć, po co istnieją media. Osoby pełniące funkcje publiczne muszą zaakceptować, że ich działania są i będą oceniane.
Jako Portal Dialogu Społecznego deklarujemy jasno: nie damy się zastraszyć internetowym pogróżkom ani zawoalowanym próbom uciszania. Naszą misją jest społeczny dialog. A dialog możliwy jest tylko tam, gdzie obywatele mają dostęp do rzetelnej, niezależnej i nieocenzurowanej informacji, wolnej od hejtu i politycznego spamu.
Prawda zawsze obroni się sama.
Teodor Wiśniewski
Redakcja jas24info
foto AI
%20(400%20x%20300%20px).png)