Wystarczyło czterdzieści osiem godzin, by runął mit polskiej szkoły jako bezpiecznej przystani, w której jedynym zmartwieniem rodzica jest ocena z matematyki. W środę w Zespole Szkół Zawodowych nr 4 w Ostrołęce dziewiętnastoletni Jakub Z. ranił dziewięć osób nożem przypominającym maczetę oraz toporkiem, zostawiając w sali lekcyjnej pełnej uczniów dymiący plecak z ładunkiem wybuchowym. W czwartek rano na korytarz Szkoły Podstawowej im. Jana Pawła II w Leszczydole-Nowinach pod Wyszkowem wszedł piętnastoletni absolwent tej placówki. Miał przy sobie trzy noże, a na głowie kask z włączoną kamerą. Zanim ranny w szamotaninie dyrektor szkoły Krzysztof Ochmański zdołał go obezwładnić, nastolatek śmiertelnie ugodził trzydziestosiedmioletnią woźną, panią Darię – matkę dwojga dzieci. Jeśli po tej tragedii uznamy, że problem rozwiążą policyjne patrole pod bramami i doraźne narady w ministerstwach, to znaczy, że niczego nie zrozumieliśmy
Co nam hańba, gdy talary mają lepszy kurs od wiary! Terror w polskich szkołach, ślepota prawodawców i czas na odsiecz sumień
Spójrzmy na ten obraz bez znieczulenia. W Ostrołęce życie jedenastu uczniów i nauczycielki uratował nie system, nie ministerialna procedura i nie kuratoryjny okólnik, ale przytomność umysłu jednej z osób obecnych w klasie, która widząc dym wydobywający się z pozostawionego plecaka, wyrzuciła go przez okno na zewnątrz budynku. Pod Wyszkowem jeszcze większej rzezi zapobiegł dyrektor Krzysztof Ochmański, który wybiegł z gabinetu na krzyk i własnymi rękami, mimo uderzeń trzonkiem i ran od ostrza, zatrzymał uzbrojonego piętnastolatka. W Sierpcu siedemnastolatka z dwoma nożami w saszetce i planem zamachu w telefonie zatrzymano w ostatniej chwili tylko dlatego, że sygnał ostrzegawczy wyłapał czujny nauczyciel. Tymczasem w Olsztynie kolejny siedemnastolatek wniósł do szkoły maczetę, w Przasnyszu, Płocku i Warszawie policja zatrzymywała nastolatków grożących rówieśnikom śmiercią, a liczba zatrzymanych w całym kraju przekroczyła siedemdziesiąt osób.
Urzędnicy i służby uspokajają dziś z telewizyjnych ekranów, że nie znaleziono dowodów na jedno centralnie sterowane wyzwanie w sieci, które łączyłoby te wszystkie zdarzenia. Ma to brzmieć jak pocieszenie, a w rzeczywistości jest diagnozą znacznie groźniejszą. Gdyby istniała jedna grupa szaleńców pociągająca za sznurki, wystarczyłoby wyłapać prowodyrów. Skoro jednak w tym samym tygodniu w kilkudziesięciu miejscach Polski nastolatkowie niezależnie od siebie chwytają za noże, maczety i toporki albo paraliżują szkoły fałszywymi alarmami, oznacza to, że zatrute jest samo źródło, z którego czerpią wzorce.
Najbardziej porażającym dowodem tej gangreny jest kamera na kasku piętnastoletniego zabójcy spod Wyszkowa. Dla niego morderstwo bezbronnej kobiety na korytarzu własnej dawnej szkoły miało być widowiskiem. Transmisją z pierwszej osoby. Krwawym towarem obliczonym na zasięgi i poklask w mrocznych zakamarkach internetu. Skąd w umyśle dziecka bierze się taka obojętność na zło?
Niesprawiedliwość uzbrojona – zapomniane ostrzeżenie Arystotelesa
Aby zrozumieć to, co wydarzyło się w Ostrołęce i Leszczydole-Nowinach, nie trzeba sięgać po nowinki współczesnej psychologii. Wystarczy otworzyć pierwszą księgę Polityki Arystotelesa (1253a). Grecki filozof ponad dwadzieścia trzy stulecia temu sformułował prawo, którego zlekceważenie zawsze kończy się rozlewem krwi:
„Bo jak człowiek w pełni wykształcony jest najprzedniejszym ze stworzeń, tak jest też najgorszym ze wszystkich, skoro wyłamie się z prawa i sprawiedliwości. Najbardziej bowiem niebezpieczna jest niesprawiedliwość uzbrojona, człowiek zaś rodzi się wyposażony w broń, jaką są rozum i dzielność moralna, które jednak może wyzyskać najbardziej w przeciwnym kierunku. Dlatego człowiek bez poczucia moralnego jest najniegodziwszym i najdzikszym stworzeniem, najpodlejszym w pożądliwości zmysłowej i żarłoczności”.
Arystoteles nie pozostawia żadnych złudzeń. Człowiek nie rodzi się „gotowy” do dobra. Staje się najwspanialszym ze stworzeń dopiero wtedy, gdy zostanie ukształtowany przez wychowanie, gdy ma jasno wytyczone prawa (nomos), poczucie sprawiedliwości (dike) oraz wpojoną dzielność moralną (arete) – kiedy doskonale wie, co mu wolno, jakie ma obowiązki wobec wspólnoty, a czego pod żadnym pozorem przekroczyć nie może.
Jeżeli jednak odbierzemy młodemu człowiekowi te twarde ramy, nie cofnie się on po prostu do stanu dzikiego zwierzęcia. Wilki czy lwy nie zabijają dla nagrania filmu ani dla poklasku stada. Człowiek wyzuty z hamulców moralnych staje się od najdzikszej bestii nieskończenie gorszy, ponieważ w jego ręku pozostaje broń, której nie ma żadne zwierzę: przebiegły rozum, wyobraźnia i technika. Piętnastolatek z kamerą na kasku i dziewiętnastolatek konstruujący w domu ładunek wybuchowy z chemicznych prekursorów to podręcznikowe wcielenie arystotelesowskiej „niesprawiedliwości uzbrojonej”. Współczesny świat wyposażył ich w nieograniczony dostęp do wiedzy, obrazów i narzędzi, a jednocześnie – w imię fałszywie pojętej swobody – amputował im sumienie.
Kto powinien zasiąść na ławie oskarżonych? Monteskiusz o winie prawodawców
Oczywiście, za przelaną krew sprawcy odpowiedzą przed sądem – osadzonemu w areszcie Jakubowi Z. z Ostrołęki grozi już dożywocie. Ale wymiar sprawiedliwości, który poprzestaje na osądzeniu wykonawcy, a nie pyta o architektów tego bezładu, ślizga się wyłącznie po powierzchni dramatu. Czyż prawdziwej winy nie ponoszą dziś ci, którzy przez dekady pisali ustawy, majstrowali przy oświacie i manipulowali prawem pod dyktando ideologicznych mód?
W wydanym w 1748 roku traktacie O duchu praw (Księga VI, rozdz. IX i XII) Monteskiusz postawił diagnozę, którą należałoby odczytać na głos w gmachu Sejmu i Ministerstwa Edukacji. Francuski myśliciel przypominał, że w dobrze urządzonym państwie „dobry prawodawca nie tyle będzie zwracał uwagę na to, aby karać zbrodnie, ile aby im zapobiegać; więcej będzie się starał o stworzenie dobrych obyczajów, niż o nakładanie kar”. Zaraz potem dodał jednak słowa znacznie surowsze:
„Istnieją dwa rodzaje zepsucia: jedno, kiedy lud nie przestrzega praw; drugie, kiedy same prawa przynoszą z sobą zepsucie. To zło jest nieuleczalne, bo tkwi w samym lekarstwie”.
Właśnie z tym drugim, najgroźniejszym rodzajem zepsucia mamy dziś do czynienia. Przez lata kolejni politycy i samozwańczy reformatorzy rozbrajali polską szkołę z jej funkcji wychowawczej. Pod hasłami „stref wolnych od stresu” i bezkrytycznego kopiowania zachodnich nowinek odebrano nauczycielowi autorytet. Pedagog – dawniej mistrz i przewodnik, wspierany przez rodziców – został zepchnięty przez twórców prawa do roli zastraszonego biurokraty, który boi się zwrócić uwagę zuchwałemu uczniowi, by nie ciągano go po komisjach dyscyplinarnych i rzecznikach praw. Z programów i ze szkolnej codzienności krok po kroku wymywano pojęcia obowiązku, dyscypliny, pokory i poszanowania hierarchii.
Monteskiusz ostrzegał w O duchu praw (Księga XXIX, rozdz. XIX), że „prawa natykają się zawsze na namiętności i na przesądy prawodawcy”, a w Rozważaniach o przyczynach wielkości Rzymian i ich upadku dodawał, iż nie ma gorszej tyranii niż ta uprawiana pod pozorem prawa. Kiedy politycy traktują szkołę jak poligon dla własnych uprzedzeń i partyjnych interesów, kiedy osłabiają rodzinę i rozmywają granicę między dobrem a złem, sami hodują owoce bezprawia. A gdy dochodzi do tragedii? Wtedy zwołują w blasku fleszy pilne sztaby kryzysowe, zapowiadając doraźne kontrole i kolejne okólniki. Jak pisał Monteskiusz: „Często prawodawca, który chce poprawić jakieś zło, myśli jedynie o tej naprawie; ma oczy otwarte na ten jeden przedmiot, zamknięte zaś na ujemne następstwa”.
„Co nam hańba, gdy talary mają lepszy kurs od wiary!”
Dlaczego dorośli – politycy, pedagodzy z telewizyjnych salonów, ale często także my sami, rodzice – pozwoliliśmy na ten eksperyment na żywym organizmie młodego pokolenia? Odpowiedź z chirurgiczną precyzją wyśpiewali już w listopadzie 1992 roku Jacek Kaczmarski, Przemysław Gintrowski i Zbigniew Łapiński w finale programu Wojna postu z karnawałem. Ich Kantyczka z lotu ptaka [00:00] nie zestarzała się ani o jedną nutę – przeciwnie, dziś jej strofy brzmią jak akt oskarżenia spisany na szkolnych korytarzach:
„Załam ręce, Matko Boska, Upadają obyczaje! Nie pomogła modłom chłosta – Młodzież w szranki ciała staje, W nędzy gzi się krew gorąca Bez sumienia, bez oddechu, Po czym z własnych trzewi strząsa Niedojrzały owoc grzechu. Co zbawienie nam, czy piekło! Byle życie nie uciekło! Jeszcze będzie czas umierać! Żyjmy tu i teraz!”
W tych kilku wersach Kaczmarski zamknął całą pustkę świata, w który wepchnięto dzisiejszych piętnasto- i dziewiętnastolatków. Świata „tu i teraz”, bez wczoraj i bez jutra, bez odpowiedzialności, bez sumienia i bez oddechu. Tam, gdzie dorośli zastąpili prawdziwe wychowanie fasadą – pustymi gestami lub bezradną surowością po fakcie („nie pomogła modłom chłosta”) – tam w duchowej nędzy rodzi się ślepa furia.
Ale Kantyczka z lotu ptaka wskazuje też winowajcę. Pokazuje społeczeństwo, które daje sobie założyć „złote obroże” i wystawia na sprzedaż własną duszę, tradycję i zasady w imię doraźnego zysku [03:18]:
„Co nam hańba, gdy talary Mają lepszy kurs od wiary? Wymienimy na walutę Honor! I pokutę!”
Zastanówmy się uczciwie: czym są nasze dzisiejsze „talary”, które mają wyższy kurs od wiary, honoru i pokuty? Dla gigantów cyfrowych i właścicieli platform społecznościowych talarem jest każda sekunda uwagi dziecka przyklejonego do ekranu, przeliczana na miliardy dolarów z reklam – nawet jeśli tę uwagę kupuje się algorytmem promującym przemoc, patostreamy i pogardę dla słabszych. Dla polityków talarem są słupki sondażowe, zagraniczne poklepywanie po plecach i ideologiczne granty, dla których warto poświęcić tradycyjny model szkoły i rodziny. A dla wielu zabieganych rodziców talarem bywa święty spokój: wręczenie dziecku smartfona zamiast rozmowy, przymknięcie oka na brak szacunku wobec nauczyciela, kupienie drogiego gadżetu w zamian za nieobecność w domu. Wymieniliśmy wymagającą miłość, honor i rachunek sumienia na bilon chwilowej wygody.
Od upadku Rzymu do płonącego Paryża – czas na naszą odsiecz
Historia nie zna taryfy ulgowej dla narodów, które wierzą, że można bezkarnie podpiłować filary własnej cywilizacji. Potęga starożytnego Rzymu nie runęła w jeden dzień od uderzenia z zewnątrz. Zanim w V wieku barbarzyńcy przeszli przez bramy Wiecznego Miasta, a wcześniej za czasów Nerona Rzym płonął przy dźwiękach liry zblazowanego władcy, imperium przez pokolenia trawiła wewnętrzna choroba. Kiedy dawne rzymskie cnoty – virtus (męstwo i dzielność), pietas (szacunek dla przodków, praw i świętości) oraz gravitas (powaga i odpowiedzialność za państwo) – zostały wyśmiane i zastąpione kultem użycia, chleba i krwawych igrzysk, upadek był już tylko kwestią czasu.
Dziś ten sam rachunek za duchową kapitulację płaci na naszych oczach Europa Zachodnia. Płonące nocami przedmieścia Paryża, dzielnice wielkich metropolii we Francji, Belgii czy Szwecji, do których policja i straż pożarna wjeżdżają w asyście wozów opancerzonych, czy zachodnie szkoły ogrodzone drutem i bramkami pirotechnicznymi – to nie są dopusty losu. To bezpośredni skutek kilkudziesięciu lat wmawiania Europejczykom, że chrześcijański fundament, narodowa tożsamość, silna rodzina i twarde prawo są balastem, którego należy się wstydzić.
My, Polacy, nie musimy powtarzać cudzego samobójstwa. Mamy w swoim kodzie kulturowym lekcję z 12 września 1683 roku, kiedy król Jan III Sobieski pod Wiedniem ocalił chrześcijańską Europę przed fizyczną zagładą. Kaczmarski w Kantyczce gorzko drwił z tych, którzy chcieliby tylko pustego frazesu o „przedmurzu” przy jednoczesnym kupczeniu własnym sumieniem [01:18, 03:34]. I miał rację! Bo prawdziwa odsiecz nie zaczyna się od wielkich haseł na sztandarach, lecz od wewnętrznego ładu. Ludzie z pokolenia Sobieskiego potrafili obronić Europę dlatego, że najpierw wiedzieli, co jest święte, co jest hańbą, a co obowiązkiem.
Dziś stawką nie jest odsiecz militarna, lecz odsiecz moralna i wychowawcza. Zadanie, przed którym staje nasze pokolenie, nie polega na tym, by zbawiać cały świat od jednego zamachu, ale by zatrzymać proces gnicia dokładnie tam, gdzie żyjemy: we własnym sumieniu, we własnym domu, w lokalnej szkole i samorządzie.
Zmiana myślenia musi zacząć się od nas samych – od odwagi powiedzenia „dość” ślepym modom, które pod płaszczykiem nowoczesności robią z naszych dzieci duchowe kaleki. Młody człowiek potrzebuje granic, wymagań i jasnego kodeksu praw oraz obowiązków tak samo, jak potrzebuje tlenu. Potrzebuje ojca i matki, którzy nie boją się zaglądać w jego świat – również ten cyfrowy – i którzy stają murem za nauczycielem wymagającym dyscypliny i szacunku, tak jak dyrektor Krzysztof Ochmański stanął na szkolnym korytarzu pod Wyszkowem w obronie swoich podopiecznych.
Dopóki w naszym codziennym życiu talary wygody, konformizmu i obojętności będą miały lepszy kurs od wiary, prawdy i honoru, żaden kordon policji przed szkołą nie zapewni nam bezpieczeństwa. Czas odwrócić ten fałszywy kurs – zanim za nasze milczenie zapłacą kolejne dzieci i kolejni ludzie, którzy rano po prostu przyszli do pracy.
W nagraniu Kantyczka z lotu ptaka - Gintrowski, Kaczmarski, Łapiński można wysłuchać pełnego wykonania utworu z pełnym zapisem oryginalnego tekstu w opisie, co pozwala dokładnie prześledzić przywołane w artykule zwrotki o upadku obyczajów i kupczeniu honorem.
Teodor Wiśniewski/Redakcja jas24info.pl
foto poglądowe AI
ataki w szkołach, bezpieczeństwo w szkole, kryzys wychowania, Ostrołęka atak w szkole, Leszczydół-Nowiny, Arystoteles Polityka, Monteskiusz O duchu praw, Jacek Kaczmarski Kantyczka z lotu ptaka, Przemysław Gintrowski, odpowiedzialność polityków, wychowanie młodzieży, wartości i tradycja, publicystyka

