DECEMBER 9, 2022
AKTUALNOŚCI

Czy Ks. Jerzy Popiełuszko w Jastrzębiu-Zdroju: Tylko adres GPS? Rocznica

post-img

Wpisujesz w samochodową nawigację: Jastrzębie-Zdrój, ulica bł. ks. Jerzego Popiełuszki 1A. Syntetyczny głos prowadzi Cię pod górę, w stronę miejsca, w którym wykuwała się współczesna tożsamość naszego miasta. Ponad blokowiskami wyrasta surowa, dwupoziomowa bryła kościoła pw. Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła i dolnego kościoła św. Jana Nepomucena – świątyni będącej pomnikiem wiary i pracy górników, przez jastrzębian od pokoleń nazywanej „kościołem Na Górce” albo po prostu „Silosem”. Mijasz przykościelny plac z dawną kapliczką św. Jana Nepomucena i Pomnikiem „Solidarności” upamiętniającym robotnicze zrywy oraz Msze za Ojczyznę, redukujesz bieg na łuku drogi, zerkasz na zegarek i jedziesz dalej. Dla nawigacji w Twoim telefonie „ks. Jerzy Popiełuszko” to wyłącznie ciąg współrzędnych i kod pocztowy 44-335. Problem w tym, że wczoraj – 19 października 2026 roku, w 42. rocznicę jego bestialskiego zamordowania i w Narodowy Dzień Pamięci Duchownych Niezłomnych – dokładnie tak samo potraktowali go ci, którzy mienią się strażnikami lokalnej opinii publicznej.

Czy bł. ks. Jerzy Popiełuszko to w Jastrzębiu-Zdroju już tylko sygnał na GPS? Gorzki rachunek sumienia w mieście Porozumienia Jastrzębskiego

Wczoraj późnym wieczorem zrobiłem dokładny przegląd wszystkich najważniejszych portali i serwisów informacyjnych w Jastrzębiu-Zdroju oraz całym naszym subregionie. Chciałem sprawdzić rzecz wydawałoby się oczywistą: kto w mieście wyrosłym z górniczego buntu zatrzyma się choćby na trzy akapity przy człowieku, którego imię nosi najważniejsza historycznie ulica Jastrzębia-Zdroju.

Wynik tej kwerendy to ponury akt oskarżenia wobec naszej zbiorowej pamięci.

Zmiana organizacji ruchu w Żorach i koszykówka ważniejsze niż kapelan „Solidarności”

W poniedziałek, 19 października 2026 roku, wokół rocznicy męczeńskiej śmierci kapelana „Solidarności” w przestrzeni informacyjnej naszego regionu zapanowała niemal całkowita, głucha cisza. Przez dwadzieścia cztery godziny w strumieniu wiadomości docierających do mieszkańców Jastrzębia-Zdroju, Rybnika, Wodzisławia Śląskiego, Żor i Pawłowic dla bł. ks. Jerzego Popiełuszki zabrakło choćby jednego zdania.

W regionalnym obiegu przez cały dzień krążyły informacje o wszystkim innym. Z serwisów dowiedzieliśmy się o rybnickim śpiewniku górniczym ratującym tradycję gwarków, o porannej zmianie organizacji ruchu drogowego dla kierowców w Żorach, a wieczorem – o dramatycznym rzucie w ostatniej sekundzie meczu koszykarzy MKKS Rybnik, tuż po weekendowych relacjach z wyjazdowej wygranej hokeistów JKH GKS Jastrzębie z Polonią Bytom oraz akcji sadzenia drzew w Pawłowicach. Nawet w regionalnych komunikatach związkowych – gdzie jeszcze dwa lata temu hucznie obchodzono okrągłą, 40. rocznicę zbrodni, a w marcu 2023 roku uroczyście witano sprowadzony z Białegostoku relikwiarz z kroplą krwi patrona – połowa października 2026 roku upływała już wyłącznie pod znakiem bieżącej mobilizacji i hasła: „Nie ma powodów do świętowania. Będzie manifestacja”.

W całym górnośląskim internecie honor dziennikarstwa uratował właściwie jeden człowiek – redaktor Jarosław Jędrysik na łamach portalu NoweInfo.pl, przypominając swój wstrząsający, udokumentowany przed laty reportaż o ostatniej wizycie ks. Jerzego na ziemi śląskiej. Poza nim pamięć o męczenniku przetrwała jedynie w ciszy kościelnych gablot i parafialnych intencji – jak choćby w parafii w Wodzisławiu Śląskim-Jedłowniku, gdzie w harmonogramie na poniedziałek 19 października skrupulatnie odnotowano: „Wspomnienie bł. Ks. Jerzego Popiełuszki”.

Najbardziej gorzki paradoks polega na tym, że w naszym regionie doskonale wiadomo, gdzie leży ulica ks. Popiełuszki w Jastrzębiu-Zdroju. Niespełna siedem tygodni temu, w czwartek 3 września 2026 roku, gdy pod kościół „Na Górce” zjechali związkowcy z przewodniczącym Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” Piotrem Dudą i szefem śląsko-dąbrowskiej „Solidarności” Dominikiem Kolorzem, sygnatariusze z 1980 roku z Grzegorzem Stawskim, parlamentarzyści, samorządowcy oraz doradca prezydenta RP Beata Kempa (odczytująca list prezydenta Karola Nawrockiego), by świętować 46. rocznicę podpisania Porozumienia Jastrzębskiego, w każdej zapowiedzi prasowej jak refren powtarzano: „uroczysta msza św. o godz. 9:00 w kościele pw. NMP Matki Kościoła przy ul. księdza Jerzego Popiełuszki” – skąd po homilii bp. Adama Wodarczyka i złożeniu kwiatów pod przykościelnym Pomnikiem „Solidarności” kolumna ruszała na Plac im. Tadeusza Jedynaka przed kopalnię „Zofiówka”, pod Pomnik Porozumienia Jastrzębskiego.

We wrześniu zamordowany kapłan świetnie sprawdza się jako punkt orientacyjny dla kolumn oficjalnych limuzyn, pocztów sztandarowych i składanych wieńców. W październiku – gdy nie ma telewizyjnych kamer, politycznych przemówień i „okrągłej” cyfry w kalendarzu – staje się całkowicie przezroczysty.

Łaźnia Moszczenica, 96-letni ks. prałat Bernard Czernecki i miasto, które nie ma prawa do amnezji

W wielu innych miastach taką październikową ciszę można by pewnie wytłumaczyć zwykłym pośpiechem. Ale nie w Jastrzębiu-Zdroju. Przecież to tutaj, w odrestaurowanych murach dawnej Łaźni Moszczenica, powołano za publiczne miliony państwową instytucję dziedzictwa narodowego, której statutowym sensem istnienia jest właśnie budzenie świadomości historycznej, strzeżenie etosu „Solidarności” i przypominanie młodym pokoleniom, skąd wyrastają korzenie wolnej Polski.

Co więcej – ta historia ma w naszym mieście twarz konkretnego człowieka, który wciąż żyje wśród nas. To ksiądz prałat Bernard Czernecki – najstarszy kapłan archidiecezji katowickiej, urodzony 28 kwietnia 1930 roku w Kobiórze, który w tym roku skończył 96 lat i świętował 72. rocznicę święceń kapłańskich przyjętych w bazylice piekarskiej. Duchowy ojciec jastrzębskiej „Solidarności” i budowniczy kościoła „Na Górce” szedł dokładnie tą samą drogą co ks. Jerzy Popiełuszko. Ich losy splatały się w trzech dramatycznych aktach:

  • Bunt o ludzką godność jeszcze przed „Solidarnością” (czerwiec 1978 r.): Gdy 18 czerwca 1978 roku górnicy kopalń „Jastrzębie” i „Moszczenica” zbuntowali się przeciwko nieludzkiemu, czterobrygadowemu systemowi pracy – w którym kombajny ścianowe nie stygły przez siedem dni w tygodniu, a wszechwładny I sekretarz KW PZPR w Katowicach Zdzisław Grudzień bezczelnie zrzucał winę za śmiertelne wypadki na „brak dyscypliny załóg” – dyrekcja wyrzuciła na bruk 41 górników. Partyjne związki zawodowe były gotowe, jak notował ks. Czernecki, „odcinać ręce robotników podniesione na władzę ludową”.

    Wtedy ks. Bernard Czernecki – wówczas proboszcz parafii św. Katarzyny w Jastrzębiu Górnym, prowadzący budowę kościoła NMP Matki Kościoła – stanął przy ołtarzu i 29 czerwca 1978 roku wykrzyczał komunistycznej władzy prosto w twarz: „By wszystkim zamknąć usta. My to skądś znamy. Wiemy, kto dla przykładu kopał, bił, usta gipsował, wieszał i rozstrzeliwał (...). I mam prawo tak mówić, gdyż jestem synem górnika!”. Górnicy chcieli tylko wolnej niedzieli – chcieli zdjąć robocze ubranie, założyć świąteczny garnitur i pójść z rodziną do kościoła, który wznieśli własnymi rękami po szychtach. „Chcieli być człowiekiem. Nie tylko usłużnym robotnikiem” – pisał ks. Czernecki. Po jego stanowczej interwencji u władz wojewódzkich, wspartej przez biskupa Herberta Bednorza, 10 lipca wszystkich 41 wyrzuconych górników przywrócono do pracy.

  • Sierpień 1980 i szarpanie za ornat: Kiedy w nocy z 28 na 29 sierpnia 1980 roku ruszył strajk w KWK „Manifest Lipcowy” i po trzech dniach całkowitej blokady informacyjnej zaczął się załamywać, to właśnie do ks. Czerneckiego wychodzącego do ołtarza przybiegli zrozpaczeni górnicy. Szarpali go za ornat, wyciągając z butów ukryte biało-czerwone opaski, i pytali: „Strajk się łamie, co mamy robić?”. To on rzucił im wtedy krótkie, decydujące hasło: „Ogłosić strajk okupacyjny!”. Wkrótce stanęło ponad 50 zakładów, wicewojewoda Zdzisław Gorczyca musiał prosić jastrzębskiego proboszcza o mediację, a 3 września 1980 roku z nowo poświęconego kościoła przy dzisiejszej ul. ks. Popiełuszki delegacja robotników wyszła podpisać historyczne Porozumienie Jastrzębskie (którego oryginał ukrywano później przed rewizjami bezpieki w parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa).

  • Pierwsza krew stanu wojennego i wspólna „lista śmierci”: Gdy 15 grudnia 1981 roku władza rzuciła do zdławienia strajku w KWK „Manifest Lipcowy” 1700 milicjantów, zomowców i esbeków wspieranych przez 30 czołgów oraz 15 wozów bojowych pod dowództwem płk. Kazimierza Wilczyńskiego, czołgi staranowały bramę zakładu, a 16-osobowy Pluton Specjalny ZOMO po raz pierwszy w stanie wojennym otworzył do górników ogień z ostrej amunicji, raniąc czterech z nich (ten sam pluton dzień później zabił 9 górników w katowickim „Wujku”). W tamtych mrocznych dniach plebania kościoła „Na Górce” stała się azylem dla ściganych, podziemnym magazynem sztandarów i filią Biskupiego Komitetu Pomocy Uwięzionym i Internowanym.

    Od 21 marca 1982 roku ks. Czernecki – dokładnie tak jak ks. Popiełuszko w warszawskim kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu – w każdą trzecią niedzielę miesiąca odprawiał w Jastrzębiu Msze za Ojczyznę i Ludzi Pracy. Służba Bezpieczeństwa, która inwigilowała go już od grudnia 1963 roku w ramach sprawy „Opiekun”, 11 listopada 1982 roku wszczęła przeciwko niemu Sprawę Operacyjnego Rozpracowania o kryptonimie „Ravioli/Klecha”, a w 1983 roku wpisała jastrzębskiego proboszcza na listę „księży do likwidacji” – tę samą, na której figurował ks. Jerzy Popiełuszko. Kiedy szef katowickiej MO i SB płk Jerzy Gruba dał biskupowi Bednorzowi pięć dni na wyrzucenie ks. Czerneckiego z Polski pod groźbą więzienia, nasz proboszcz odpowiedział krótko: „Nie potrzebuję nawet 5 minut do zastanowienia, bo nie będę szukał drugiej Ojczyzny”.

 

Nic dziwnego, że 11 listopada 2017 roku prezydent RP Andrzej Duda, wręczając ks. prałatowi Bernardowi Czerneckiemu Order Orła Białego (wraz ze śląskim aktorem Franciszkiem Pieczką i rzeźbiarzem Andrzejem Pityńskim), wymienił jastrzębskiego proboszcza jako jednego z czterech najważniejszych kapelanów „Solidarności” w historii Polski – bezpośrednio obok bł. ks. Jerzego Popiełuszki, ks. Kazimierza Jancarza i ks. Henryka Jankowskiego. Sam ks. prałat Czernecki wielokrotnie podkreślał, że najstraszniejszym momentem stanu wojennego był dla niego właśnie październik 1984 roku – wiadomość o uprowadzeniu i zamordowaniu ks. Jerzego.

Jak to możliwe, że w mieście, w którym wciąż mieszka świadek tamtego duchowego braterstwa, potrafimy przejść obok rocznicy śmierci ks. Popiełuszki bez jednego słowa refleksji?

Bokser Cezar warczy pod bojszowskim lasem, a esbecy w Bytomiu biegają jak „błędne owce”

Być może przyczyną naszej dzisiejszej obojętności jest to, że zamknęliśmy ks. Jerzego w gładkiej, pomnikowej formule, zapominając, jak dramatycznie wyglądały jego ostatnie dni – i jak blisko nas rozgrywał się prolog tej tragedii.

Jedenaście dni przed śmiercią, 8 października 1984 roku, ks. Jerzy Popiełuszko był tuż obok nas, na Górnym Śląsku. Przyjechał po południu z Gliwic wraz z prof. Henrykiem Samsonowiczem (późniejszym ministrem edukacji w rządzie Tadeusza Mazowieckiego) do parafii NMP Uzdrowienia Chorych w Bojszowach Nowych, do swojego serdecznego przyjaciela ks. Gerarda Gnidy, z którym jeszcze w lipcu 1984 roku spędzał urlop w Krynicy.

(Znamienny chichot historii: kolejnym proboszczem tej samej parafii w Bojszowach Nowych został później ks. Leon Loska – ten sam, który w młodości służył razem z Jurkiem Popiełuszką w osławionej jednostce wojskowej dla kleryków w Bartoszycach, gdzie komunistyczna kadra znęcała się nad Popiełuszką za to, że nie pozwolił sobie zerwać medalika i obrączki-różańca otrzymanych na Jasnej Górze od prymasa Stefana Wyszyńskiego).

W październiku 1984 roku ks. Jerzy był już fizycznie skrajnie wyczerpany, schorowany po trzynastu przesłuchaniach i aresztowaniu, osaczony przez śledztwo prokuratury zarzucającej mu „nadużywanie wolności sumienia i wyznania na szkodę PRL-u” oraz brutalną nagonkę rzecznika rządu Jerzego Urbana, piszącego pod pseudonimem „Jan Rem” paszkwile o „seansach nienawiści”.

Kiedy 8 października po południu ks. Jerzy dotarł do Bojszów Nowych, proboszcz Gerard Gnida prowadził akurat na probostwie lekcje religii. Zaproponował więc gościowi z Warszawy, by poszedł na spacer z jego psem – bokserem o imieniu Cezar – zapewniając, że to świetnie ułożony, szkolony czworonóg. Ks. Popiełuszko ruszył ścieżką biegnącą pod lasem, obok kościoła i parafialnego cmentarza. Gdy tylko weszli kilka metrów między drzewa, bokser zaczął gwałtownie ujadać i zapierać się łapami.

Ksiądz chciał iść dalej w głąb lasu, ale pies stawiał tak zaciekły opór, że duchowny musiał zawrócić w stronę cmentarza. Chwilę później mieszkańcy widzieli wyjeżdżający z tego lasu samochód na obcych rejestracjach. Po powrocie na plebanię nieco poirytowany ks. Jerzy powiedział gospodarzowi, że „wątpi w to, iż Cezar jest psem szkolonym” – nie wiedząc, że psi instynkt prawdopodobnie pokrzyżował plany czających się w zagajniku funkcjonariuszy SB.

Jeszcze tego samego wieczoru, 8 października 1984 roku o godzinie 18:00, ks. Jerzy pojechał do Bytomia, do kościoła pw. Podwyższenia Krzyża Świętego przy ul. Ligonia 2 (prowadzonego przez Braci Mniejszych Kapucynów, gdzie proboszczem był o. Henryk Masny). Jego przyjazd, współorganizowany przez Piotra Boruszewskiego z kopalni „Dymitrow”, trzymano w ścisłej tajemnicy przed bezpieką. Dzień wcześniej do bytomskiej parafii dotarł tylko szyfrowany komunikat z Bojszów: „Ta osoba, która u was będzie głosiła kazania, już u nas jest”.

Gdy kościół pękał w szwach, a ludzie podczas pieśni „Z kwiatów krzyż” układali na posadzce krzyż z wiązanek, zaskoczeni esbecy wpadli do środka w ostatniej chwili – wyglądali na przepitych i biegali po świątyni jak błędne owce.

To tam, w Bytomiu, w swojej ostatniej w życiu homilii podczas Mszy za Ojczyznę, ks. Jerzy wypowiedział do śląskich górników i hutników prorocze słowa o tych, którzy „w jednej kieszeni trzymają legitymację partyjną, a w drugiej różaniec”, oraz przypomniał fundament swojej posługi: „Zachować godność, by móc powiększać dobro i zwyciężać zło, to pozostać wewnętrznie wolnym, nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia, pozostać sobą w każdej sytuacji życiowej. (...) Wielkość prawdy przeraża i demaskuje kłamstwa ludzi małych, zalęknionych”.

Tamtej nocy w Bojszowach Nowych ks. Jerzy rozmawiał z ks. Gerardem Gnidą do późnych godzin. Wiedział, że pętla wokół jego szyi się zaciska. Nazajutrz, 9 października (po jeszcze jednym, południowym spacerze z bokserem Cezarem, podczas którego wracającego z cmentarza księdza spotkała 5-letnia wówczas Ania Gniza), tuż przed odjazdem ks. Jerzy zawrócił od samochodu, mocno uścisnął przyjaciela i powiedział zdanie, które przeszło do historii: „Gerard… Jestem gotów na wszystko, ale do końca będę bronił prawdy”.

Kiedy trzy tygodnie później z Wisły wyłowiono zmasakrowane ciało męczennika, bojszowski proboszcz przeżył taki wstrząs, że – jak wspominała polonistka Marianna Zawiłowa – „to już nigdy nie był ten sam człowiek”.

Kamień pod Gdańskiem, zasadzka w Górsku i wielogodzinna kaźń

Pierwszą próbę morderstwa komando Departamentu IV MSW podjęło już cztery dni po wyjeździe ks. Jerzego ze Śląska – 13 października 1984 roku, gdy wracał z gdańskiej parafii św. Brygidy. Wówczas kpt. Grzegorz Piotrowski zaczaił się przy szosie i cisnął ciężkim kamieniem w przednią szybę pędzącego samochodu kapłana, chcąc doprowadzić do śmiertelnego wypadku i spalić pasażerów przygotowaną benzyną. Kierowca księdza, Waldemar Chrostowski, zdołał jednak zachować zimną krew i ominąć zasadzkę.

Sześć dni później, w piątek 19 października 1984 roku, po nabożeństwie różańcowym dla ludzi pracy w parafii Świętych Polskich Braci Męczenników w Bydgoszczy, odwrotu już nie było. Około godziny 21:30 na ciemnym, leśnym odcinku drogi pod Górskiem trzech oficerów Departamentu IV MSW – kpt. Grzegorz Piotrowski, por. Leszek Pękala i por. Waldemar Chmielewski – przebranych w mundury milicyjnej drogówki, zatrzymało Volkswagena Golfa duchownego. Chrostowskiego zakuto w kajdanki i zakneblowano, ale w trakcie jazdy w okolicach Przysieka zdołał on rzucić się na drzwi i wyskoczyć z pędzącego około 100 km/h milicyjnego Fiata 125p. Rozbijając ciało o asfalt, ocalał i natychmiast podniósł alarm.

Dla samotnego, wątłego fizycznie, trzydziestosiedmioletniego kapłana zaczęła się wielogodzinna, sadystyczna kaźń. Kiedy odmówił wejścia do auta porywaczy, ogłuszono go drewnianymi pałkami owiniętymi szmatami i wrzucono do bagażnika. Na kolejnych postojach – między innymi pod hotelem „Kosmos” w Toruniu, gdzie ks. Jerzy ostatkiem sił wydostał się z kufra i próbował uciekać, wołając o ratunek – esbecy dopadali go i tłukli pałkami oraz pięściami za każdym razem, gdy dawał oznaki życia.

Wreszcie skrępowali go z nieludzkim wyrachowaniem: sznur poprowadzono od zgiętych w kolanach nóg do pętli zaciskającej się na szyi w taki sposób, by każdy mimowolny odruch prostowania obolałych kończyn dusił ofiarę. Do nóg przywiązano jutowy worek wypełniony kamieniami i zrzucono kapłana z zapory we Włocławku w lodowatą toń Wisły.

Kiedy po jedenastu dniach – 30 października 1984 roku – wyłowiono zwłoki w podwiniętej do pasa sutannie i czarnych spodniach oblepionych mułem, twarz i ciało były tak zmasakrowane, że identyfikacja była możliwa niemal wyłącznie po znakach szczególnych, a protokół sekcji zwłok przeprowadzonej w Zakładzie Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Białymstoku pod kierunkiem prof. Marii Byrdy i dr. Tadeusza Jóźwika wykazał potężne podbiegnięcia krwawe oraz uduszenie.

Dwie godziny milicyjnego paraliżu, telewizyjny teatr Kiszczaka i podwójna amnestia dla morderców

Warto dziś przypomnieć także to, jak w tamtą październikową noc zadziałał aparat państwa i jak wyglądała „sprawiedliwość” wobec oprawców. Choć porwanie pod Górskiem nastąpiło około 21:30, a poraniony Waldemar Chrostowski już po kilkunastu minutach od ucieczki przekazał precyzyjne dane o samochodzie porywaczy, dyżurny milicji w Toruniu formalnie odnotował zgłoszenie dopiero o 22:05. Pierwszy patrol MO dotarł pod Górsk o 22:45, psa tropiącego użyto o 23:40, a grupę dochodzeniową wysłano w teren dopiero przed północą.

Przez dwie kluczowe godziny – dokładnie wtedy, gdy mordercy spokojnie wieźli katowanego księdza w stronę tamy we Włocławku – nie zarządzono żadnych blokad drogowych ani pościgu! Co więcej, pierwszym prokuratorem, który pojawił się na miejscu zbrodni w Górsku, był Andrzej Misiak z Prokuratury Rejonowej w Toruniu – były funkcjonariusz kontrwywiadu Służby Bezpieczeństwa.

Gdy zbrodnia wstrząsnęła Polską i światem, ekipa gen. Wojciecha Jaruzelskiego uruchomiła operację ratowania własnej skóry. 27 października 1984 roku – trzy dni przed oficjalnym komunikatem o wyłowieniu zwłok z Zalewu Włocławskiego – przed kamerami telewizji wystąpił osobiście minister spraw wewnętrznych gen. Czesław Kiszczak. Z kamienną twarzą odczytał oświadczenie o ujęciu bezpośrednich sprawców z Departamentu IV MSW, rzucając wzburzonemu społeczeństwu na pożarcie czterech oficerów, byle tylko odciąć nitki prowadzące do najwyższych gabinetów KC PZPR i kierownictwa resortu.

Jak ukarano wykonawców jednego z najokrutniejszych morderstw politycznych w powojennej historii Europy? Wyroki ogłoszone 7 lutego 1985 roku w wyreżyserowanym procesie toruńskim okazały się ponurą farsą. Mało kto dziś pamięta, że na wniosek samego gen. Kiszczaka komunistyczne władze jeszcze w PRL-u dwukrotnie (w 1986 i 1987 roku) objęły zabójców ks. Popiełuszki amnestią, drastycznie tnąc im kary pozbawienia wolności:

  • kpt. Grzegorz Piotrowski (naczelnik wydziału w Departamencie IV MSW, bezpośredni dowódca komanda morderców): skazany w Toruniu na 25 lat więzienia i degradację. W 1987 r. karę zmniejszono mu w wyniku amnestii do 15 lat. Wyszedł na wolność po 16 latach – w 2001 roku. Zmienił nazwisko i pisywał do antyklerykalnych tygodników.

  • płk Adam Pietruszka (zastępca dyrektora Departamentu IV MSW, bezpośredni przełożony sprawców odpowiadający za sprawstwo kierownicze): skazany na 25 lat więzienia. Po dwóch PRL-owskich amnestiach wyrok skrócono mu aż o 15 lat (do 10 lat!). Wyszedł na wolność już w 1995 roku.

  • por. Leszek Pękala (bezpośredni uczestnik uprowadzenia, bicia i krępowania kapłana): skazany na 15 lat więzienia. Po amnestiach z lat 1986–1987 karę obniżono mu do zaledwie 6 lat. Wyszedł na wolność już po 5 latach – w 1990 roku, u samego progu III RP.

  • por. Waldemar Chmielewski (bezpośredni uczestnik uprowadzenia i torturowania): skazany na 14 lat więzienia. Po amnestiach wyrok ścięto mu do 4,5 roku. Ostatecznie opuścił więzienie po 8 latach – w 1993 roku, również zmieniając tożsamość.

A prawdziwi zleceniodawcy? Ci, którzy zza generalskich i partyjnych biurek wydali polityczny wyrok śmierci na kapelana „Solidarności”, nie zostali ukarani nigdy. W wolnej Polsce procesy przeciwko szefowi Służby Bezpieczeństwa gen. Władysławowi Ciastoniowi oraz dyrektorowi Departamentu IV MSW gen. Zenonowi Płatkowi zakończyły się uniewinnieniami z powodu „braku wystarczających dowodów winy”.

Dwa miejsca tuż obok Jastrzębia: rozbity Fiat w Chwałowicach i obrona sowieckiego majora w Radlinie

Zaledwie kilkanaście kilometrów od granic Jastrzębia-Zdroju znajdują się dwa miejsca, które jak w soczewce pokazują nasze rozdwojenie jaźni wokół pamięci o tamtej ofierze.

W Rybniku-Chwałowicach, przy Sanktuarium św. Teresy od Dzieciątka Jezus na ul. 1 Maja 83, stoi od 2010 roku wstrząsająca instalacja stworzona z inicjatywy ks. Teodora Suchonia: kupiony na złomie, prawdziwy duży Fiat 125p wbity przodem w kamienny mur, z otwartym na oścież bagażnikiem, w którym leżą jutowe wory z kamieniami, łańcuchy i sznur, a obok niego stoi figura bł. ks. Jerzego. To surowy, niemal bolesny wyrzut sumienia, obok którego nie da się przejść obojętnie.

Wystarczy jednak pojechać kilka kilometrów w drugą stronę – do sąsiedniego Radlina w powiecie wodzisławskim – by zobaczyć drugą twarz naszej współczesności. Gdy w marcu 2019 roku wojewoda śląski zarządzeniem zastępczym zmienił w Radlinie nazwę ulicy radzieckiego majora Pawła Rogozina na ulicę ks. Jerzego Popiełuszki, w mieście wybuchł bunt. Urzędnicy miejscy przekonywali, że czerwonoarmista był „tylko oficerem frontowym z 1945 roku”, a w przeprowadzonych w kwietniu 2019 roku konsultacjach społecznych za zaskarżeniem decyzji do sądu i pozostawieniem sowieckiego majora opowiedziało się łącznie 235 osób (206 mieszkańców, 25 przedsiębiorców prowadzących tam firmy oraz 4 osoby łączące obie role), podczas gdy za ulicą bł. ks. Jerzego Popiełuszki zagłosowało... 12 mieszkańców.

W sierpniu 2019 roku Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach uchylił zarządzenie wojewody i major Rogozin został na tabliczkach. Męczennik za wolność przegrał na śląskiej ziemi w stosunku 20 do 1 ze świętym spokojem i kosztami wymiany pieczątek firmowych oraz dowodów rejestracyjnych.

Jastrzębie-Zdrój w październiku 2026 roku: a gdybyśmy zamiast policyjnych komunikatów mieli w sobie postawę ks. Jerzego?

Niech wybrzmi to z całą mocą: ten tekst nie jest i nie ma być manifestem politycznym. Ksiądz Jerzy Popiełuszko nigdy nie był politykiem i brzydził się partyjnym rozgrywaniem ludzkich emocji. Jak wspominał jego bojszowski przyjaciel ks. Gerard Gnida w zatrzymanym przez cenzurę w listopadzie 1984 roku tekście dla „Gościa Niedzielnego”, ks. Jerzy najbardziej cierpiał właśnie wtedy, gdy władza oskarżała go o „politykierstwo” i zatracanie kapłaństwa.

Kiedy propaganda zarzucała mu dzielenie Polaków, on odpowiadał modlitwą, cierpliwym dialogiem, kulturą słowa i przebaczeniem. Nie wzywał do zemsty na milicjantach ani esbekach. Jego jedynym programem była ewangeliczna zasada: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj”.

Dla ludzi wierzących jego męczeństwo jest dowodem na to, że siła ducha potrafi pokonać przemoc w fizycznej słabości; dla niewierzących – pozostaje najczystszym wzorem odwagi cywilnej, pokonywania strachu i wierności własnemu sumieniu.

I właśnie tutaj dochodzimy do naszego dzisiejszego Jastrzębia-Zdroju. Żyjemy w mieście i w czasach, w których społeczne emocje, agresja na ulicach i w szpitalnych salach, wzajemna pogarda w sieci oraz napięcia wokół bezpieczeństwa coraz częściej eskalują do poziomu, w którym jedyną odpowiedzią stają się wzmocnione patrole pod szkołami, policyjne komunikaty wzywające do zachowania spokoju i oficjalne oświadczenia komendantów policji.

Postawmy więc sobie uczciwe pytanie: a może gdybyśmy w mieście Porozumienia Jastrzębskiego – w naszych domach, szkołach, urzędach, instytucjach kultury i lokalnych mediach – naprawdę uczyli i wymagali postawy ks. Jerzego Popiełuszki „Zło dobrem zwyciężaj”, to dziś nie trzeba byłoby gasić społecznych pożarów policyjnymi komunikatami i oświadczeniami komendanta?

Może gdybyśmy zamiast redukować bohaterów naszej wolności do niemych tabliczek adresowych i punktów orientacyjnych dla wrześniowych delegacji, wzięli sobie do serca jego słowa z Bytomia – że wolność i godność zaczynają się od prawdy, opanowania i szacunku dla drugiego człowieka – nasze ulice byłyby po prostu bezpieczniejsze i bardziej ludzkie?

Kiedy dziś po południu będziesz przejeżdżać przez Jastrzębie-Zdrój ulicą bł. ks. Jerzego Popiełuszki i spojrzysz w górę, na ceglane mury kościoła wybudowanego przez górników i ks. prałata Bernarda Czerneckiego, wycisz na chwilę samochodową nawigację.

Pomyśl o trzydziestosiedmioletnim księdzu, który na śląskiej ziemi mówił, że jest gotów na wszystko, i który ugiął kolana tylko przed Bogiem. On naszej pamięci do zbawienia nie potrzebuje. To Jastrzębie-Zdrój potrzebuje jej, by w codziennym pędzie nie zgubić własnej duszy.

 

Autor: Alojzy Godos / Zespół Redakcyjny jas24info 

foto:Kościół pw. NMP Matki Kościoła („Na Górce”) przy ul. bł. ks. Jerzego Popiełuszki 1A w Jastrzębiu-Zdroju. Czy o patronie tej ulicy pamiętamy tylko podczas wrześniowych akademii?

 

 

 

O Nas

Jastrzębski portal dialogu społecznego.
Unia Europejska
Mieszkańcy Jastrzębia i okolic