DECEMBER 9, 2022
AKTUALNOŚCI

Dzień Kobiet Wiejskich Jastrzębie-Łaźnia Moszczenica. Joanna Bartel komentarz.

post-img

Wtorkowy wieczór w murach jastrzębskiego Carbonarium miał wszystko, czego wymaga protokół udanej miejskiej uroczystości: zasłużone ukłony dla liderek lokalnych społeczności, uściski dłoni prezydenta, pamiątkowe zdjęcia na scenie i znakomity finał w wykonaniu Joanny Bartel. Kiedy jednak wyjdzie się z odrestaurowanej łaźni na chłodne powietrze przy ulicy Towarowej, zostaje w głowie niewygodne pytanie. Czy w Mieście Porozumień naprawdę uważamy, że raz w roku wystarczy wręczyć paniom kwiaty za pierogi i kołocz, by zamieść pod dywan strukturalne problemy jastrzębskich kobiet, tożsamościową pustkę Instytutu Dziedzictwa i Dialogu oraz organizacyjny bałagan, przez który dwie miejskie instytucje wchodzą sobie w paradę dokładnie o tej samej godzinie?

Kwiaty dla gospodyń, śmiech z Joanną Bartel i wielkie milczenie o jastrzębiankach. O czym zapomniano podczas gali w Łaźni Moszczenica?

Oddajmy najpierw sprawiedliwość tym, dla których to spotkanie zorganizowano. Wtorkowa gala z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet Wiejskich – wpisująca się już w stały kalendarz miasta, bo podobne uroczystości odbywały się również w dwóch poprzednich latach – zgromadziła kobiety, bez których życie społeczne na obrzeżach Jastrzębia-Zdroju po prostu by zamarło.

Bohaterkami wieczoru w Łaźni Moszczenica były członkinie sześciu Kół Gospodyń Wiejskich, działających w pięciu jastrzębskich sołectwach oraz w osiedlu Jastrzębie Górne i Dolne. To one przez okrągły rok, bez oglądania się na diety czy urzędowe godziny pracy, biorą na siebie ciężar integracji sąsiedzkiej, dożynek, akcji charytatywnych i spotkań wigilijnych.

Z rąk Prezydenta Miasta Michała Urgoła oraz naczelnik Wydziału Dialogu Społecznego Barbary Więckowskiej zasłużone podziękowania na scenie odebrały przewodniczące kół:

  • Maria Fojt – przewodnicząca Koła Gospodyń Wiejskich w Boryni,

  • Daniela Miech – przewodnicząca Koła Gospodyń Wiejskich w Bziu,

  • Małgorzata Hojka – przewodnicząca Koła Gospodyń Wiejskich w Jastrzębiu Górnym,

  • Romania Hojka – przewodnicząca Koła Gospodyń Wiejskich w Moszczenicy,

  • Dorota Kowol – przewodnicząca Koła Gospodyń Wiejskich w Ruptawie,

  • Ewa Piechoczek – przewodnicząca Koła Gospodyń Wiejskich w Szerokiej.

Na sali obecni byli również II Zastępca Prezydenta Andrzej Matusiak oraz gospodarz obiektu – dyrektor Instytutu Dziedzictwa i Dialogu – Łaźnia Moszczenica, Rafał Jabłoński. Wieczór zamknął występ Joanny Bartel. I trzeba przyznać, że artystka zrobiła dokładnie to, na co czekała widownia: bez warszawskiego zadęcia, z doskonale znaną ze śląskich domów autoironią i ciętym językiem sprawiła, że panie, które na co dzień stoją po drugiej stronie stołów i obsługują miejskie imprezy, tym razem mogły usiąść w fotelach i po prostu odpocząć.

Problem w tym, że z szacunku do tych kobiet musimy wreszcie oddzielić sympatyczny wieczór kabaretowy od sensu dnia, który stał się pretekstem do spotkania.

Święto praw człowieka czy bezpieczna akademia ku czci „strażniczek wypieków”?

Międzynarodowy Dzień Kobiet Wiejskich, przypadający na całym świecie 15 października, nie został ustanowiony po to, by samorządowcy mieli okazję podziękować mieszkankom za regionalną kuchnię, rękodzieło i „łagodzenie obyczajów”.

Idea tego święta narodziła się we wrześniu 1995 roku podczas IV Światowej Konferencji ONZ w sprawie Kobiet w Pekinie z inicjatywy międzynarodowych organizacji pozarządowych na czele z Women’s World Summit Foundation. Ponad dekadę później – 18 grudnia 2007 roku – Zgromadzenie Ogólne ONZ nadało mu rangę oficjalnego święta międzynarodowego mocą rezolucji 62/136 (pierwsze oficjalne obchody pod flagą Narodów Zjednoczonych odbyły się w 2008 roku).

Jego twardym fundamentem prawnym jest Artykuł 14 Konwencji CEDAW, który jako jedyny przepis w międzynarodowym prawie praw człowieka wprost zobowiązuje państwa i władze lokalne do likwidacji barier, z jakimi zderzają się kobiety poza wielkimi metropoliami: w dostępie do rynku pracy, ochrony zdrowia, edukacji, kapitału oraz realnego wpływu na decyzje polityczne.

Co więcej, obecny rok 2026 został przez Zgromadzenie Ogólne ONZ oficjalnie ogłoszony Międzynarodowym Rokiem Kobiet Rolniczek. W opublikowanym w ubiegłym tygodniu stanowisku na 15 października 2026 roku agenda UN Women stawia sprawę na ostrzu noża: skończyła się epoka traktowania kobiet na terenach wiejskich i podmiejskich jako darmowego zaplecza opiekuńczo-kulturowego.

Za ich pracą muszą iść twarde gwarancje socjalne, inwestycje w usługi publiczne i dostęp do ochrony zdrowia.

Jak wygląda polska rzeczywistość pod tym względem? Najnowsze, szeroko komentowane badania Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa Polskiej Akademii Nauk (IRWiR PAN) oraz Fundacji Agro Woman („Aktywne na wielu polach”) przynoszą liczby, które powinny leżeć na biurku każdego prezydenta, wójta i radnego:

  • 94% badanych kobiet ma w ciągu doby najwyżej dwie godziny na jakikolwiek odpoczynek, a co piąta śpi krócej niż 6 godzin na dobę,

  • 60% zmaga się z chronicznym przemęczeniem, a niemal co druga (46%) żyje ze zdiagnozowaną przez lekarza chorobą przewlekłą,

  • 33% ankietowanych, gdyby otrzymało dodatkowe wolne środki finansowe, nie kupiłoby za nie luksusów – przeznaczyłoby je na ratowanie własnego zdrowia fizycznego i psychicznego,

  • mimo że w 90% współdecydują o inwestycjach w swoich domach i gospodarstwach, aż 42% z nich wciąż doświadcza lekceważenia i nierównego traktowania w urzędach, instytucjach i bankach.

Przemówienia z minionej epoki a cichy dramat współczesnych jastrzębianek

Zestawmy te dane z formułą wtorkowej gali w Carbonarium, gadkie formułki o „cieple domowego ogniska”, wywołanie na środek, dyplom, uścisk dłoni władzy, wspólne zdjęcie do miejskich mediów i występ rozrywkowy. Ten scenariusz do złudzenia przypomina akademie z epoki słusznie minionej – bezpieczne dla rządzących, bo sprowadzające kobiety do roli uśmiechniętego folkloru, który nie zadaje trudnych pytań.

A pytań o realny dobrostan kobiet – zarówno w Boryni, Bziu, Ruptawie, Szerokiej, Moszczenicy czy Jastrzębiu Górnym, jak i na jastrzębskich blokowiskach – nazbierało się przez lata aż nadto.

Po pierwsze: rynek pracy skrojony pod jedną płeć. Przez dziesięciolecia Jastrzębie-Zdrój funkcjonowało jako przemysłowa monokultura podporządkowana wydobyciu węgla. W tym modelu dla kobiet przewidziano rolę zaplecza: w handlu, podstawowych usługach, oświacie lub urzędniczej administracji. Dziś, w samym środku odmienianej przez wszystkie przypadki transformacji gospodarczej, miasto wciąż nie przyciągnęło inwestorów, którzy stworzyliby dla kobiet z wyższym i średnim wykształceniem szeroki rynek dobrze płatnych, rozwojowych miejsc pracy na miejscu.

Po drugie: drenaż młodych i zdolnych dziewcząt. Po tym, jak z Jastrzębia dekady temu zwinęły się struktury publicznych uczelni wyższych – Uniwersytetu Śląskiego i Akademii Górniczo-Hutniczej – miasto nigdy nie odbudowało prawdziwego zaplecza akademickiego. Pojedynczy wydział prywatnej uczelni nie zmienia faktu, że ambitne maturzystki z jastrzębskich liceów i techników pakują walizki i wyjeżdżają na studia do Katowic, Gliwic, Krakowa czy Wrocławia. Zdecydowana większość z nich kupuje bilet w jedną stronę, bo po obronie dyplomu Jastrzębie nie ma im do zaoferowania ani ścieżki kariery, ani miejskiego życia na miarę ich aspiracji.

Po trzecie: lokalna ochrona zdrowia. Trudno mówić z podniesionym czołem o trosce o mieszkanki miasta i sołectw w sytuacji, gdy szybki dostęp do lekarzy specjalistów, nowoczesnej diagnostyki ambulatoryjnej i profilaktyki zdrowotnej przypomina w Jastrzębiu bieg przez płotki.

O żadnym z tych trzech tematów podczas święta powołanego przez ONZ do walki o prawa socjalne i zdrowotne kobiet nie zająknięto się w Łaźni Moszczenica ani jednym zdaniem. Znacznie łatwiej podziękować paniom za domowe wypieki.

Po co nam Instytut Dziedzictwa i Dialogu, który nie bada dziedzictwa i unika dialogu?

Wtorkowy wieczór obnażył jeszcze jeden problem, który w jastrzębskich kuluarach wybrzmiewa coraz głośniej. Dobrze, że wyremontowane za dziesiątki milionów złotych postindustrialne mury dawnej kopalnianej łaźni nie stoją puste i żyją wydarzeniami. Ale pora postawić pytanie fundamentalne: czy ktoś w Urzędzie Miasta i w samej placówce przy ul. Towarowej pamięta jeszcze, po co powołano do życia Instytut Dziedzictwa i Dialogu?

Jeśli główną funkcją tej instytucji ma być użyczanie ogrzewanej sali, sceny, nagłośnienia i krzeseł na miejskie gale, akademie i występy kabaretowe, to do administrowania budynkiem nie potrzeba szumnego szyldu „Instytutu” z rozbudowaną strukturą. Wystarczyłaby sprawna administracja techniczna albo filia Miejskiego Ośrodka Kultury.

Słowa „Dziedzictwo” i „Dialog” w mieście, które na sztandarach nosi Porozumienie Jastrzębskie, to nie jest dekoracja na papierze firmowym. Z zewnątrz, przez pryzmat górniczych mundurów, karczm piwnych i szybów wydobywczych, ktoś mógłby pomyśleć, że historia naszego regionu to wyłącznie historia mężczyzn. To fałsz i ogromna dziejowa niesprawiedliwość.

Wystarczy spojrzeć tuż za miedzę, przez graniczną Olzę, do bliźniaczego kulturowo Zagłębia Ostrawsko-Karwińskiego, skąd zresztą wywodzi się tak wielu budowniczych górniczego Jastrzębia. O tamtejszym losie kobiet bez znieczulenia pisał już Gustaw Morcinek w „Czarnej Julce”, a w ostatnich latach wstrząsnęła całą Europą czeska pisarka Karin Lednická w monumentalnej trylogii „Krzywy kościół” (Šikmý kostel). Obie te książki pokazują górnicze pogranicze bez patosu: świat, w którym po katastrofach pod ziemią, w cieniu zapadających się domów i kopalnianych hałd, to kobiety i dorastające dziewczęta trzymały całe rodziny przy życiu, dźwigając ciężar ponad ludzkie siły.

A gdzie jest nasza własna, jastrzębska opowieść? Gdzie w programach badawczych, wydawniczych i dokumentalnych Instytutu Dziedzictwa i Dialogu jest miejsce dla jastrzębskich Kobiet Solidarności?

Gdzie są tysiące bezimiennych dziś mieszkanek miasta z przełomu lat 70. i 80., które stanowiły moralny i logistyczny kręgosłup strajków w 1980 roku? Kobiety, które w gorące dni na przełomie sierpnia i września, a potem w czarną grudniową noc stanu wojennego, stały pod bramami kopalń „Manifest Lipcowy”, „Borynia”, „Jastrzębie”, „Moszczenica” i „XXX-lecia PRL”? To one organizowały żywność, nosiły ciepłe posiłki, przemycały grypsy i podtrzymywały na duchu górników, nie pozwalając im pęknąć pod szantażem bezpieki i wojskowych komisarzy.

I wreszcie karta najbardziej bolesna, niemal całkowicie wymazana z oficjalnych miejskich obchodów: ciche piekło żon i matek przywódców strajków oraz działaczy jastrzębskiego podziemia. Kiedy ich mężowie zapisywali się na kartach historii, siedzieli w więzieniach, ośrodkach internowania w Uhercach, Zabrzu-Zaborzu czy Szerokiej, albo ukrywali się przed Służbą Bezpieczeństwa, one zostawały zupełnie same w mieszkaniach z wielkiej płyty z małymi dziećmi. To one w środku nocy otwierały drzwi funkcjonariuszom SB podczas brutalnych rewizji. To one patrzyły, jak obcy ludzie wyrzucają na podłogę ubrania z szaf i książki z półek, to one słuchały gróźb pod adresem własnych dzieci, traciły pracę, mierzyły się z sąsiedzkim strachem, ostracyzmem i biedą.

Nikt nigdy nie przypiął im za to medali. Nikt nie zrobił o nich wystawy stałej w Carbonarium. Czy Instytut Dziedzictwa i Dialogu – zamiast pełnić rolę reprezentacyjnej sali bankietowej – nie powinien natychmiast wysłać w teren historyków z kamerami i mikrofonami, by nagrać świadectwa tych kobiet, dopóki żyją i mogą opowiedzieć, jaką cenę zapłaciły za naszą wolność?

Dwie imprezy o jednej godzinie, czyli jak miasto kanibalizuje własną pamięć

O tym, jak w praktyce wygląda dziś w Jastrzębiu-Zdroju dbałość o historyczną pamięć i elementarna koordynacja między miejskimi instytucjami, najlepiej świadczy to, co wydarzyło się we wtorek równolegle po drugiej stronie miasta.

Dokładnie w tym samym dniu i o tej samej godzinie – we wtorek 20 października o godz. 17:30 – gdy w Łaźni Moszczenica prezydent rozpoczynał galę z okazji Dnia Kobiet Wiejskich, w Muzeum Miejskim (w historycznym gmachu dawnego Sanatorium Spółki Brackiej przy ul. 1 Maja 61) trwało spotkanie z cyklu „Zatrzymane historie” pod tytułem: „Nie było łatwo. Strajk w kopalni Manifest Lipcowy i droga do Porozumienia Jastrzębskiego”. Gościem muzeum był Grzegorz Stawski – wiceprzewodniczący Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w KWK „Manifest Lipcowy” (dzisiejszej „Zofiówce”), jedna z kluczowych postaci tamtego zrywu i bezpośredni sygnatariusz Porozumienia Jastrzębskiego z 3 września 1980 roku.

Nałożenie na siebie  dwóch tak ważnych wydarzeń, organizowanych przez podmioty finansowane z tej samej miejskiej kasy, to kompromitacja na poziomie podstawowego zarządzania kalendarzem. Nie ma tu żadnego usprawiedliwienia „siłą wyższą”. Urząd Miasta, Instytut Dziedzictwa i Dialogu oraz Muzeum Miejskie nie potrafiły wymienić między sobą jednego telefonu lub spojrzeć we wspólny grafik, zmuszając mieszkańców, pasjonatów historii i lokalnych dziennikarzy do wyboru: albo szacunek dla gospodyń z sołectw w Carbonarium, albo spotkanie z żywym świadkiem najważniejszego wydarzenia w dziejach miasta przy ul. 1 Maja.

Wtorkowe brawa dla pań z sześciu Kół Gospodyń Wiejskich i śmiech na występie Joanny Bartel były potrzebne i zasłużone. Ale kiedy zgasły światła na scenie w Moszczenicy, zostały pytania, od których ani prezydent Michał Urgoł, ani dyrektor Rafał Jabłoński nie uciekną. Bo jastrzębskie kobiety – i te, które czterdzieści pięć lat temu płaciły łzami za wolność w górniczych blokach, i te, które dziś próbują ułożyć sobie życie w mieście po węglu – zasługują na znacznie więcej niż raz w roku akademię z kwiatkiem i kabaretem.

 

 

Autor: Alojzy Godos / Zespół Redakcyjny jas24info 

Foto własne:Liderkom jastrzębskich Kół Gospodyń Wiejskich należą się za ich całoroczną pracę najniższe ukłony. Pytanie jednak, co miasto ma do zaoferowania kobietom następnego dnia rano – gdy opadnie kurtyna.

 

 

O Nas

Jastrzębski portal dialogu społecznego.
Unia Europejska
Mieszkańcy Jastrzębia i okolic