Kawa w biegu, słodka bułka kupiona w dyskoncie na rogu i szybki rzut oka na powiadomienia w telefonie. Tak wyglądają dziś nasze poranki. A przecież jeszcze nie tak dawno temu początek dnia na Śląsku miał swój własny, niepodrabialny rytm, wyznaczany przez trzask ognia w piecu i zapach, którego nie da się zapomnieć do końca życia.
Od wodzionki po strajkowy chleb. Kulinarny tygiel, w którym hartowało się Jastrzębie-Zdrój
Zanim na naszych stołach zadomowiły się ciśnieniowe ekspresy i włoskie mieszanki ziaren, śląski poranek pachniał kafejem. To nie była rozpuszczalna namiastka ze sklepu, ale esencjonalna kawa z palonego zboża, nierzadko z dodatkiem cykorii, dająca siłę przed ciężką dniówką w kopalni. Do tego na stole lądowała solidna pajda świeżego chleba. Wystarczyło sięgnąć do kamiennego boncloka po domowy smalec ze skwarkami – czyli po tuste ze szpyrkami – i dołożyć do tego kiszonego ogórka, aby otrzymać śniadanie absolutnie doskonałe.
Ratowanie śląskiej pamięci
Z biegiem lat te codzienne, proste rarytasy zaczęły ustępować miejsca gotowym produktom z marketów. Na szczęście są wokół nas ludzie, którzy postanowili ten proces zatrzymać.
Doskonałym dowodem na to, że śląska tradycja wciąż żyje, jest praca badawcza Anny Lerch-Wójcik. Autorka znakomitego projektu „Pełny bonclok” wykonała gigantyczną pracę dokumentacyjną, udowadniając, że nasza kulinarna spuścizna to nie tylko zbiór przepisów, ale fascynująca opowieść o szacunku do jedzenia.
To dzięki takim inicjatywom mamy pewność, że prawdziwa wodzionka, hekele czy domowe krupnioki nie przepadną w gąszczu nowoczesnych diet.
Wielki tygiel na klatkach schodowych
Gdybyśmy jednak zamknęli kulinarną opowieść o Jastrzębiu-Zdroju wyłącznie w śląskim boncloku, popełnilibyśmy historyczny błąd. Nasze miasto to przecież ewenement na skalę całego kraju. Kiedy w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku na tutejsze kopalnie zaczęły zjeżdżać tysiące ludzi z całej Polski, przywieźli ze sobą w tekturowych walizkach coś najcenniejszego: receptury swoich matek i babć.
To właśnie wtedy Jastrzębie stało się potężnym, buzującym tyglem kultur. Zjawisko to najpełniej oddawały klatki schodowe w nowo powstających blokowiskach. To była prawdziwa, sensoryczna mapa Polski! Z jednych drzwi ulatniał się aromat pieczonej śląskiej rolady, podczas gdy piętro wyżej sąsiadka gotowała zawiesistą, mocno czosnkową kielecką zalewajkę. Za ścianą rodzina z Podkarpacia lepiła proziaki albo pierogi ruskie okraszone potężną ilością zeszklonej cebuli.
Nie brakowało też przybyszów z dalekiej północy, choćby z Warmii, dzięki którym na jastrzębskich stołach lądowały sycące kartacze z mięsnym farszem i majerankiem.
Ta kulinarna, międzysąsiedzka wymiana przełamywała lody i budowała pierwsze przyjaźnie. Gospodynie wymieniały się przepisami, a tradycje Górnego Śląska nierozerwalnie splotły się z dziedzictwem reszty kraju. Jak się wkrótce okazało – ta oddolna integracja miała przejść najtrudniejszy z możliwych sprawdzianów.
Egzamin z solidarności zdany w małych kuchniach
Prawdziwa siła tych sąsiedzkich więzi objawiła się w epoce wiecznych niedoborów, a nade wszystko podczas dramatycznych strajków. Gdy na półkach sklepowych brakowało absolutnie wszystkiego, a górnicy protestowali za bramami kopalń, to właśnie kobiety przejęły ciężar utrzymania strajkujących przy życiu.
To wsparcie nie miało formy zorganizowanych, wielkich kuchni polowych na osiedlach. Jego potęga tkwiła w niezwykłym, oddolnym rozproszeniu i mrówczej pracy. Ślązaczki, Kielecczanki, Warmiaczki i Kresowianki łączyły w domach swoje skromne, kartkowe przydziały. W tysiącach ciasnych kuchni, w zwykłych domowych garnkach gotowano zupy, które następnie przelewano do słoików i weków (tzw. krauz). Każda z kobiet smarowała po kilkanaście kanapek, zawijała je w szary papier lub gazety, zalewała wrzątkiem domowe termosy, a potem wszystkie ruszały pod kopalniane mury. W dobie kryzysu nie miało najmniejszego znaczenia, czy zupa w słoiku ma rodowód śląski, czy lubelski. Kiedy zsumowało się te tysiące drobnych, indywidualnych gestów – powstawał potężny łańcuch dostaw, który dawał siłę do przetrwania.
O Porozumieniu Jastrzębskim napisano tomy naukowych opracowań, analizując zacięte negocjacje w kopalnianych świetlicach. I słusznie, bo tam ważyły się losy kraju. Ale z odrobiną satyry i najwyższym historycznym szacunkiem można zaryzykować tezę, że ten dokument miał swój cichy, nierozerwalny fundament na blokowiskach. Zanim historyczne postulaty zostały podpisane przy oficjalnym stole, ich przetrwanie ważyło się w zwykłych, emaliowanych garnkach i kamiennych bonclokach, niesionych pod kopalnię dzięki solidarności kobiet z całej Polski.
Autor: Alojzy Godos / Zespół Redakcyjny jas24info
foto: Książka "Pełny bonclok" Anny Lerch-Wójcik
śląska kuchnia, Porozumienie Jastrzębskie, strajki Jastrzębie-Zdrój, Anna Lerch-Wójcik, Pełny bonclok, kulinarny tygiel, solidarność kobiet, jas24info, historia regionu.

