Postawiliśmy rywala na nogi

Po wtorkowym spotkaniu na Jastorze pomiędzy JKH GKS Jastrzębie a Lotosem PKH Gdańsk (3:4) trenerzy obu drużyn podzielili się swoimi opiniami na temat zakończonych zawodów. Siłą rzeczy w zdecydowanie lepszym nastroju mógł być Marek Ziętara, który przyznał, że jego zespół przeszedł drogę „z piekła do nieba”.

Jako pierwszy tradycyjnie głos zabrał trener gości. – Jeśli chodzi o dzisiejszy mecz, to myślę tak – z mojego punktu widzenia pierwsza tercja przebiegała na dobrym i szybkim tempie. To była wyrównana tercja. Kilka okazji było z naszej strony, a także kilka ze strony Jastrzębia. Druga tercja to już zdecydowana przewaga gospodarzy. Jastrzębska drużyna grała bardzo agresywnie, bardzo blisko nas. Nie pozwalali nam na wiele zarówno w tercji obronnej, jak i w ataku. Gospodarze prowadzili w tym meczu już 2:0 i to zasłużenie. W tej części gry Jastrzębie miało dużą przewagę – mówił Marek Ziętara.

  • Na początku trzeciej tercji znów straciliśmy bramkę, gdzie w zasadzie w końcówce drugiej tercji wybroniliśmy sporą część pięciominutowego osłabienia. Zostało nam chyba z półtora minuty, ale straciliśmy gola zaraz po wyjściu na lód. Jest 3:0 i wydawałoby się, można powiedzieć, że jest po meczu! Ale nam pomogła głównie druga ze zdobytych bramek. Tak naprawdę, i nie ma co tutaj ukrywać, gol na 3:1 i zaraz potem na 3:2 dodał nam wiatru w żagle. Myślę, że była to kluczowa sytuacja. Od tego momentu ta drużyna uwierzyła w siebie. Chłopcy uwierzyli, że mogą powalczyć z liderem – przyznał szkoleniowiec Lotosu PKH.
  • Od tego gola byliśmy drużyną dominującą na lodzie i już do końca meczu mieliśmy zdecydowanie większą przewagę nad Jastrzębiem, strzelając jeszcze bramkę na 3:3. A gol w końcówce? No cóż, było troszę szczęścia po naszej stronie. Przecież inaczej nie można tego nazwać. Generalnie przeszliśmy drogę z piekła do nieba. Super, że chłopaki z 0:3 potrafili obrócić wynik na 4:3. To się rzadko zdarza, ale za to też należy cenić tę drużynę. I za to dziękuję chłopakom – podsumował Marek Ziętara.

Następnie swoimi uwagami podzielił się Robert Kalaber. – Do dzisiejszego spotkania zmuszeni byliśmy przystąpić mocno osłabieni. Zabrakło nam czterech napastników, a na dodatek w drugiej tercji kontuzjowany został kolejny nasz napastnik – podkreślił szkoleniowiec JKH GKS, odnosząc się do urazów Jana Sołtysa, Jesse Rohtli (obaj będą pauzować co najmniej kilka tygodni), Radosława Nalewajki, Artema Iossafova i Łukasza Nalewajki (ten ostatni groźnie uderzył w bandę po ataku zawodnika z Gdańska).

  • W trzeciej tercji grając w przewadze strzeliliśmy bramkę na 3:0 i od tego momentu nasi zawodnicy zaczęli grać nieodpowiedzialnie. Każdy myślał, że sam coś jeszcze strzeli. Zawodnicy zapomnieli o tym, że w hokeju najpierw gra się z tyłu, a dopiero potem z przodu. Tak jak powiedział mój przedmówca, postawiliśmy rywala na nogi, tracąc dwie szybkie bramki. Następnie straciliśmy trzeciego gola, w zasadzie podając przeciwnikowi krążek na kij. Potem mieliśmy jeszcze okazję dwóch na jednego, jednak młody Wałęga trafił w Fuczika – przyznał Kalaber.
  • Ostatnia bramka na 3:4 była przypadkowa, ale takiego gola bramkarz na takim poziomie nie może wpuszczać. Po prostu jest to ogromny błąd i efekt dekoncentracji – nie ukrywał nasz szkoleniowiec. – Przegraliśmy po raz pierwszy po długim czasie. Martwi to, że mamy tylu kontuzjowanych graczy. Dziś walczyliśmy przez 43 minuty, a następnie zwyczajnie oddaliśmy mecz i punkty rywalowi. Gratuluję trenerowi gości zwycięstwa – podsumował Robert Kalaber.

Źrodło: JKH GKS Jastrzębie

Leave a comment

Send a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *